Pokazywanie postów oznaczonych etykietą You are mine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą You are mine. Pokaż wszystkie posty

13 kwi 2013

Rozdział 5 [YAM]

Tak, tak. Wreszcie pojawi się to co Was najbardziej interesuje - rozdział. W sumie jestem z niego zadowolona, ale mam jedno "ale". Ale może podzielę się z nim pod koniec notki (nie chcę spojlerować xD)

Chciałam Was przeprosić, że tak długo musieliście na niego czekać.. Ale powiem szczerze. Najpierw nie miałam chęci, a potem w moim życiu pojawiły się pewne komplikacje. Przez nie miałam beznadziejny humor i byłoby całkiem możliwe, że ktoś by umarł.. A tego chyba nikt by nie chciał xD Tak więc musiałam poprawić swoje samopoczucie ;3
Co do 6 rozdziału.. Jest zaczęty, mam wenę, nawet chęci by się znalazły ale nie mam czasu.. Więc nie za bardzo wiem, kiedy się pojawi. Ale liczę, iż razem ze słoneczkiem (które mam nadzieję, wyjdzie za niedługo) pojawi się i czas. ^-^

Chciałam Wam jeszcze podziękować za komentarze <3 W takich chwilach myślę, że może nie jestem, aż takim beztalenciem. Możliwe, że bez nich zakończyłabym pisanie tego opowiadania w tym momencie (ah ta moja motywacja). Dzięki nim, aż chce mi się pisać ♥♥
Jeszcze podziękowania w stronę Iny, która sprawdza moje rozdziały x3 Dziękuję <3
Kashii pewna postać pojawia się specjalnie dla Ciebie. Obiecuję jeszcze nie raz o niej przeczytasz (bo obecnie mało jej ^-^)

Zapraszam do czytania i komentowania ♥




            Mężczyzna potarł dłońmi skroń i zakrył oczy. Przez tę pozycję wyglądał starzej i poważniej. Rzadko kiedy widywałem ojca radosnego, śmiejącego się, jednak nigdy nie sprawiał wrażenia załamanego, zmęczonego jak teraz.
            -Co z nim? - zapytałem drżącym głosem. Ojciec spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem i zmarszczył brwi. Nie mogąc wystać tej chwili, zrezygnowany opadłem na fotel.
            -Dawałem mu małe szanse, na przeżycie - zaczął po chwili mężczyzna.- Nie znam rasy, nie wiem, co mu się stało. W domu nie mam takich warunków, jak w klinice - co utrudniało mi pracę. - Zasiadł na fotelu, znajdującym się naprzeciwko mnie. Westchnął oraz przymknął oczy, zastanawiając się nad czymś. Z uwagą obserwowałem jego każdy ruch, chcąc znaleźć odpowiedź na moje pytanie. - Przez noc doglądałem go, miał nieregularny oddech oraz tętno. Normalny zwierzak już by zdechł… Często zmieniałem mu kroplówkę, stracił bardzo dużo krwi - podniósł na mnie wzrok i wpatrywał mi się w oczy. Nie obróciłem się czekając na następne słowa, które miały paść. - Nie powinien żyć. A jednak jego oddech uregulował się, tętno ma prawidłowe. To cud, że przeżył.
            Słucham? On przeżył? Na mojej twarzy pojawił się wielki uśmiech, którego nie chciałem, jak i nie potrafiłem powstrzymać. Żyje, przeżył!
            -To wspaniale! - krzyknąłem. - Mogę go zobaczyć?
            Ojciec spojrzał na mnie zmęczony, a na ustach pojawił się delikatny uśmiech. Skinął głową, wstając z fotela i ruszając do swojego gabinetu. Na dużej „leżance” znajdował się wilczur. Podejrzewałem, że ojciec tak często się nim zajmował, iż nie opłacało się go przenosić do klatki. Poczułem jeszcze większą wdzięczność do rodzica.
            Pies był masywny, dobrze zbudowany. Delikatnie dotknąłem jego mięśni - były twarde, napięte, jakby gotowe do ataku. Było to śmieszne połączenie z miłą, puchatą, czarną sierścią. Pysk miał długi, dość szczupły, jak na mój gust podchodzący pod wilczy… Swoje duże czekoladowe oczy miał zamknięte, jednak uszy były postawione, jakby nadsłuchując niebezpieczeństwa.
            -Ten zwierzak jest niesamowity oraz dziwny - przerwał ciszę ojciec, stając przy nim. - Można powiedzieć, że jest on mieszanką jakiś ras, ale żaden pies nie ma takich kłów. - Odsłonił delikatnie dziąsła, ukazując potężne, białe uzębienie. - Albo spójrz na jego łapy. A konkretnie na pazury. Są zbyt twarde. Starałem się je skrócić - myślałem, że będzie mu lepiej się poruszać. Jednak nie udało mi się. A widziałeś jego oczy? Gdy kładłem go tutaj, odzyskał na chwilę przytomność. Jego wzrok był rozumny… jakby. Nie umiem tego wyjaśnić - wzruszył ramionami i przyjrzał się wilczurowi. - Żadne zwierzę tak nie patrzy.
            Skinąłem głową zgadzając się w milczeniu. Ten pies był dziwny, niezwyczajny, jednak coś mnie w nim przyciągało. Delikatnie pogłaskałem go po grzbiecie, sprawnie omijając opatrunki na ranach. Zwierzę drgnęło zaniepokojone.
            -Ćśś… Jesteś bezpieczny, nic ci się nie stanie - wyszeptałem. Na dźwięk mojego głosu zwierzak podniósł łeb i spojrzał na mnie swoimi dużymi, rozumnymi oczami. Pogłaskałem go po pysku.
            -Nie powinien się jeszcze obudzić - wyszeptał zmartwiony ojciec. - W ogóle bardzo szybko odzyskał siły i się zregenerował. Przytrzymaj go - polecił, a ja złapałem zwierzę i głaskałem po szyi. Trzymałem go za głowę oraz przednie łapy, aby za bardzo się nie ruszał. Ojciec w tym czasie zdjął opatrunki. Przyjrzał się ranom. Mój wzrok samoistnie powędrował na podbrzusze oraz bok psa - miejsce gdzie najwięcej było ran. To, co zauważyłem bardzo mnie zaskoczyło, jak i zaciekawiło. Rany były prawidłowo zszyte, jednak nie sprawiały wrażenia świeżych. Gdybym nie przyniósł go wczoraj do rodziców, pomyślałbym, iż mają z kilka tygodni. - To niesamowite.
            -Czy to możliwe, by rany tak szybko się goiły?
            -Sądziłem, że nie - odpowiedział ojciec i spojrzał na mnie zdziwiony. - Jednak po tym psie chyba we wszystko uwierzę…
            -Co z nim zrobimy? - rzekła niespodziewanie moja matka. Przyglądała nam się zainteresowana, jak i niespokojna. Chyba usłyszała naszą rozmowę.
            -Nie wiem - odpowiedział natychmiast mężczyzna żonie. - Jeżeli damy go do kliniki, ludzie mogą chcieć eksperymentować na nim… - westchnął. Nie spodobała mi się ta wersja, nie chciałem, aby coś mu się stało. - W domu zostać nie może… Za często muszę przyjmować pacjentów w nim… - kontynuował. - Chyba zostało nam tylko schronisko. Ale nie mamy pewności czy nikt nie zrobi mu krzywdy… W końcu ludzie będą chcieli wiedzieć, dlaczego tak szybko zdrowieje…
            -Może zamieszkać ze mną - powiedziałem stanowczo. Rodzice spojrzeli na mnie zdziwieni.
            -Nie po to zerwałem nockę i się nim zajmowałem, byś teraz zagłodził go na śmierć…
            -Pies to wielka odpowiedzialność - poparła ojca moja mama.
            -Więc nie można karmić go fast foodami, trzeba codziennie z nim wychodzić i poświęcać mu mnóstwo czasu…
            -Wiem, wiem. - Przerwałem mu. Za kogo oni mnie mają? Nie mam już pięciu lat… - Dam radę. Będę o niego dbać jak o oczko w głowie - zapewniłem ich. Rodzice spojrzeli na siebie niepewnie.
            -No dobrze… - zaczął ojciec. - Zajmiesz się nim, ale.… Spodziewaj się dość częstych kontroli - dodał uśmiechając się lekko.
            -Skoro już załatwiliśmy tę sprawę… - matka zawiesiła znacząco głos. - Szykuj się do szkoły, za piętnaście minut masz pierwszą lekcję - ona zna cały plan zajęć na pamięć czy jak? - A potem odbierzesz swojego nowego pupila. - Oczywiście moja rodzicielka musiała mi wszystko zaplanować…
            -Ale… Ja muszę się nim zająć - sprzeciwiłem się szybko. - W końcu muszę zakupić mu legowisko, miskę i inne pierdoły.
            Ojciec prychnął pod nosem, jednak nic nie powiedział, a matka machnęła niedbale ręką, dając mi tym samym znak, iż mogę robić, co chcę.

            Po zakupie najpotrzebniejszych rzeczy, uzyskaniu wskazówek, jak opiekować się wilczkiem od ojca, mogłem wreszcie powrócić do domu. Żeby nie męczyć za bardzo mojego psa, rodzic podwiózł mnie pod moje osiedle. Spieszył się on do pracy, przez co musiałem wysiąść kilka bloków wcześniej. Wilczur szedł tuż przy mojej nodze, co było dziwne, gdyż nie trzymałem go na smyczy. Poruszał się powoli, najwyraźniej z dużym trudem stawiał kolejny krok. Niestety, nie mogłem mu pomóc, gdyż w rękach trzymałem zakupy. Po pewnym czasie zasiadłem na ławce, aby pies mógł odpocząć. Zwierzę od razy położyło się przy moich nogach z wyraźną ulgą. Pogłaskałem go po głowie. Miał taką miłą w dotyku sierść.
            -Odpocznij sobie - wyszeptałem. Siedziałem tak chwilę myśląc o tym psie. Wydawało mi się, iż zwierzak ma właściciela, w końcu nie sprawiał kłopotów, miał wpojone dobre nawyki… Jednak, na szyi nie widniała żadna obroża, nie posiadał żadnego znaku, że do kogoś należy. Może po prostu ktoś chciał się go pozbyć? I zrobił mu tak wielką krzywdę. Przecież on omal nie zdechł! Kto byłby w stanie skrzywdzić to wspaniałe zwierzę… - Biedactwo…
            Pies uniósł głowę, jakby wiedział, o czym myślałem, co mnie gnębi. Miałem wrażenie, może dziwne, trochę irracjonalne, że chce on mi przekazać, abym się nie martwił. Że wychodził z gorszych tarapatów. Skąd te myśli? Pojęcia nie mam.
            Zwierzak szczeknął i wstał powoli, dając mi tym samym znać, iż możemy ruszać dalej. Uśmiechnąłem się delikatnie i wolnym krokiem ruszyłem w stronę mieszkania. Pies szedł spokojnie obok mnie.
            Właśnie, pozostała kolejna rzecz do zrobienia. Nie mogę ciągle mówić na niego „pies”, ,,zwierzak”, ,,wilczur” muszę nadać mu w końcu imię. Ale jakie? Nie miałem pojęcia, co by do niego pasowało. Może już na jakieś reagował?
            -Ta dzisiejsza młodzież, w ogóle nie dba o nasze miasto… - usłyszałem piskliwy głos sąsiadki z góry. Miałem nadzieję, iż mnie nie zauważy, nie miałem ochoty wysłuchiwać kolejnych zażaleń staruszki. - A co to za pies?
            Zrezygnowany spojrzałem na kobietę. Wychodzi na to, iż będę musiał słuchać tego wstrętnego babsztyla…
            -Dzisiaj go przygarnąłem - wyjaśniłem szybko.
            -Boże, widzisz, a nie grzmisz! Psa przygarnął. Toż to nie wystarczą mi wrzaski tego bachora spod ósemki, zwierzaka musiał sprowadzić! - Zaczęła biadolić. - Tyle się mówi o szacunku dla starszych, ach ta dzisiejsza młodzież, nic tylko o sobie myśli. Nie pomogą człowiekowi na stare lata… - po pewnym czasie przestałem jej słuchać, a jedynie udawałem. Stałem próbując zrozumieć, o co ta kobieta ma do mnie pretensje… - Słuchaj, no młodzieńcze. Skoro masz już tego psa, to se go miej - machnęła niedbale ręką. - Ale! Jeżeli usłyszę chociaż jedno szczeknięcie czy warknięcie, zobaczę jego odchody w klatce, na podwórku, pod blokiem… Oj lepiej dla ciebie, aby to się nie wydarzyło - zakończyła swój mega długi, jak i nudny wywód, po czym ruszyła w stronę parku.
            Odetchnąłem z ulgą oraz spojrzałem na psiaka. Spoglądał na mnie zdziwionym wzrokiem, jakby również zastanawiał się, czemu ta kobieta gadała nam takie bzdury.
            -Ja też tej kobiety nie rozumiem - wyszeptałem. - Nie przejmuj się nią.

            W mieszkaniu zwierzak zaklimatyzował się dość szybko. Gdy on poznawał nowe tereny, ja rozpakowałem jego przedmioty. W salonie postawiłem gryzak oraz legowisko, natomiast w kuchni dwie miski. Do jednej z nich bezzwłocznie wsypałem karmę, po czym zagwizdałem przywołując do siebie zwierzaka. Naprawdę, muszę mu nadać imię.…
            Pies zaszczekał, czym zwrócił na siebie moją uwagę. Zmarszczyłem brwi i przeniosłem zdziwiony na niego wzrok. Nie wiedziałem, o co mu może chodzić, sądziłem, że po tym wypadku będzie głodny… Pies patrzył mi prosto w oczy i przechylił zabawnie łeb w bok, po czym szczeknął po raz kolejny.
            -No jedz… - rzekłem i przybliżyłem do niego miskę, miałem nadzieję, iż w ten sposób zachęcę go do spożycia posiłku. Zwierzak spojrzał na miskę, potem na mnie i znowu przeniósł wzrok na jedzenie. Nie rozumiałem ale chyba w ten sposób chciał mi dać znać, iż nie lubi suchej karmy. Jutro rano będę musiał dać mu jakiś inny smak… - Nie mam nic innego, dzisiaj musisz się zadowolić tym, co masz w misce.
            Zwierze warknęło cicho, ale po chwili wzięło się za jedzenie. Jadł niechętnie, powoli, chyba rzeczywiście nie wpasowałem mu w gust… No cóż jutro dostanie, co innego.

            Dopilnowałem pupila, by zjadł swoją kolację. Następnie położyłem go na legowisku i gdy upewniłem się, iż zasnął, poszedłem do sklepu, by kupić pożywienie dla niego oraz dla siebie. No cóż, w końcu nie samymi fast foodami człowiek żyje… Sam się dziwię, że to pomyślałem, może w końcu zacząłem dojrzewać?
            Po trudnym wyborze odpowiedniego smaku karmy oraz zakupu zupek chińskich i innych "gotowych dań" powróciłem do domu, gdzie czekała na mnie niespodzianka. I nie, to nie były odchody zwierzęcia, a roztrzaskana, złamana (aż w pięciu miejscach) lampa. Obok niej siedział pies ze spuszczoną głową, wyglądał na zbitego. Gdy tak siedział, przypominał mi małe dziecko, które wie, że mu się zaraz dostanie i udaje skruszonego. Chociaż swoich czynów nie żałuje. Gdy tak na niego patrzyłem, na moje usta wpełzł uśmiech, a gdy wilczur podniósł głowę i popatrzył swoimi maślanym oczami a’la kota ze Shreka, nie wytrzymałem i głośno się zaśmiałem.
            -No i co zrobiłeś? - zapytałem między atakami śmiechu. - To była moja ulubiona lampa - pogłaskałem go po łbie i pokręciłem głową. - Przez ciebie będę musiał kupić nową… No cóż. A teraz zdrzemnij się.
            Zwierzak powrócił na posłanie, a ja skierowałem się do kuchni gdzie zjadłem na szybko kolację, po czym zacząłem szykować się do snu. Po wszystkich czynnościach położyłem się i zacząłem rozmyślać o dzisiejszym dniu, o psie. Nawet nie znałem jego rasy, nic o nim nie wiedziałem. Nie mogąc zasnąć podniosłem się, wziąłem laptopa, po czym włączyłem przeglądarkę google i starałem się znaleźć podobnego wilczura do mojego. Jednak nic nie mogłem znaleźć, przeszukałem strony różnych hodowli, przejrzałem wiele zdjęć i… nic. Nawet opisałem jak najdokładniej wygląd zwierzaka, jednak nie zdało to próby, wciąż nie znałem jego rasy.
            Zmarszczyłem brwi, coraz mniej z tego rozumiejąc. Westchnąłem cicho, po czym zasnąłem.

            Rano obudziły mnie jasne promienie słońca. Przewróciłem się na bok, chcąc jeszcze pospać i zlikwidować dostęp światła. Jednak, mój nos wylądował na czymś miękkim i puszystym, a po chwili to coś zepchnęło mnie z łóżka, przez co wylądowałem na ziemi. Zmęczony, jak i zdezorientowany wstałem z podłogi. Przecież zasypiałem sam… Spojrzałem na łóżko oraz na sprawcę mojego wypadku, gdzie ujrzałem wilczura. Zdziwił mnie jego widok, gdyż byłem pewny, że zamykałem drzwi… A może je jednak tylko przymknąłem? Przecież nie otworzyłby ich sam, w dodatku nie budząc mnie.
            -No i co się rozwalasz? - zapytałem. - Już się rozgościłeś w moim domu?
            Westchnąłem i nie czekając na odpowiedź, ruszyłem do kuchni. Do miski znowu nasypałem karmę, a sobie zrobiłem kanapki z szynką. Pierwszy raz od bardzo dawna zjem "prawdziwe" śniadanie. Gdy miałem zająć miejsce przy stole, usłyszałem odgłos pazurów, drapiących panele. Odruchowo spojrzałem w stronę psa, nie wiem dlaczego, ale sprawiał wrażenie chorego. Wystraszony podszedłem do niego.
            -Hej, nic ci nie jest? - zapytałem. Pies spojrzał na mnie, po czym pokręcił głową i poszedł napić się wodę. Zaniepokoił mnie jego wygląd, sięgnąłem po termometr i zmierzyłem mu temperaturę. Chcąc to uczynić musiałem włożyć urządzenie do jego odbytu, jednak pies nie zgłaszał sprzeciwu, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, iż jest to konieczne.
            Okazało się, że zwierzę ma lekką temperaturę. Dałem mu więcej wody oraz jakieś tabletki, które ojciec podarował mi w razie wzrostu temperatury zwierzaka. Leki zaczęły szybko działać. Sądziłem, że mu przeszło, więc zacząłem szykować się do szkoły, jednak po pewnym czasie pies zwymiotował. Miałem wrażenie, iż zwymiotował krwią… Na szczęście ojciec przewidział i taką sytuację, więc podałem kolejne leki. Bałem się go zostawić samego, przez co, po raz kolejny odpuściłem sobie szkołę…

            Całe południe dbałem o zwierzaka. Zwymiotował on jeszcze parę razy, na szczęście krew już się nie pojawiła. Wilczur pomału zaczął odzyskiwać siły, co mnie bardzo cieszyło. W ciągu tego dnia nadałem mu nawet imię. Od dzisiaj nazywa się Gorg. Mam wrażenie, iż nieszczególnie podoba mu się, jednak reaguje na nie.
            -Gorg! - zawołałem. - Choć, musisz coś zjeść, dosyć tego głodowania. - Powiedziałem, około godziny szesnastej. Sam miałem zjeść naszykowane przez siebie kanapki. Pies spojrzał na mnie, potem na karmę, aż w końcu zawiesił na dłużej wzrok na moim talerzu. Z początku nie wiedziałem, o co mu chodzi oraz nie widziałem w tym nic podejrzanego. Jednak po chwili zrozumiałem swój błąd. Zwierzę oparło swoje przednie łapy na moim tułowiu oraz wygięło swoje ciało tak, iż sięgnął mojego talerza i zjadł wszystkie moje kanapki.
            Zaśmiałem się z tego i położyłem ręce na grzbiecie zwierzaka.
            -No ja rozumiem, że ci karma nie smakuje - powiedziałem łagodnie. - Jednak to był mój obiad, trzeba było powiedzieć, że też chcesz kanapki, a nie zjadać je. To, co ja teraz mam zjeść? Może twoją karmę?
            Gorg szczeknął, jakby zgadzając się z moimi słowami, przez co zaśmiałem się jeszcze głośniej. Mój atak śmiechu przerwał dzwonek do drzwi. Zmarszczyłem brwi i podniosłem się.
            -Zostań - rzuciłem do psa i ruszyłem w stronę drzwi wejściowych.
            -Kochanie, co ci jest? - zapytała Celia, gdy tylko otworzyłem drzwi. - Już drugi dzień nie ma cię na zajęciach, martwiłam się. - Powiedziała wymijając mnie i całując przelotnie w policzek. Następnie zdjęła obuwie, a ja pomogłem jej pozbyć się płaszcza.
            -Nic mi nie jest, po prostu miałem dużo spraw na głowie. - wyjaśniłem. Dziewczyna objęła mnie w pasie i mocno przytuliła.
            -Mogłeś zadzwonić - wypomniała mi, po czym wpiła się w moje usta. Objąłem ją mocno w talii.
            -Przepraszam - wyszeptałem między pocałunkami. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, jednak dziewczyna nie odrywała się od moich ust. Nawet nie wiem, kiedy znaleźliśmy się w mojej sypialni, kiedy przyszpiliłem ją do ściany i obsypywałem jej szyję pocałunkami. Nie zarejestrowałem, w którym momencie moja koszulka znalazła się na podłodze, nie wiem, kiedy moje ręce znalazły się pod jej koszulką i opuszkami badały każdy jej skrawek. Jedyne, co do mnie dochodziło to ciche jęki, pomrukiwanie Celii, jej gorące ciało, jej kuszące, ciepłe oraz miękkie wargi i… szczekanie. Zaraz, szczekanie?
            Oderwałem się od dziewczyny i równocześnie spojrzeliśmy w stronę drzwi. W progu - tak jak myślałem, stał Gorg i machał wesoło ogonem.
            -Co to za pies! - warknęła zdenerwowana Celia i odepchnęła mnie od siebie.
            -Noo… Znalazłem go i przygarnąłem…
            -Masz psa?! - przerwała mi oburzona. - Jak mogłeś mi to zrobić! Przecież wiesz, że nienawidzę tych kundli! A może ty mnie nie słuchasz i nawet nie wiesz, co lubię, a czego nie. Jesteś takim egoistą! Robisz tylko to, co tobie się podoba, a o mnie w ogóle już nie myślisz! Nawet na głupiego kota nie chciałeś się zgodzić! - Krzyczała dalej ubierając buty oraz kurtkę w pośpiechu. Chciałem jej coś powiedzieć, jakoś się wytłumaczyć, jednak Celia dostała słowotoku i nie miałem takiej możliwości. - A pies to co? Przecież pies to nic, prawda? Wiesz co? Ty się lepiej zastanów nad swoim zachowaniem! Jak już zrozumiesz swój błąd to się odezwij. Cześć!
             Z hukiem opuściła moje mieszkanie. W osłupieniu zamknąłem za nią drzwi, po czym oparłem się o nie i zacząłem zastanawiać się, o co właściwie Celia się zdenerwowała. Gorg przyglądał mi się w milczeniu, po czym szczeknął, zwracając moją uwagę na siebie. Patrzył na mnie pytającym wzrokiem.
            -Ta, ja też nie wiem, czemu z nią jestem…


~Kaith~

            Dzień po imprezie spędziłem na nauce, pisaniu tekstów piosenek oraz staraniu nie myślenia o Dorianie. Jednak ostatnie wychodziło mi najgorzej, gdyż ten dupek ciągle siedział w mojej głowie i nie chciał wyleźć. Nie wiedziałem, co mu zrobiłem, że mnie nienawidzi, nie żebym pragnął jego przyjaźni… Przecież go nie znam, tak samo, jak on mnie! Co ja mu takiego zrobiłem?
            Westchnąłem, zirytowany swoimi myślami… Dlaczego ciągle o nim myślę? Przecież go nie lubię… Pokręciłem zdegustowany głową oraz zacząłem szykować się do snu. Odkąd Sebastian odszedł moje życie skomplikowało się, kiedyś było prostsze, bo wiedziałem, że jest osoba, która mi pomoże.
            Położyłem się wspominając wspólnie przeżyte chwile razem z lokajem. On zawsze był moją podporą, ostoją, był moim najlepszym przyjacielem, kochankiem. Zawsze mogłem na niego liczyć. Gdyby żył pomógłby mi, razem wymyślilibyśmy sposób by dogryźć Dorianowi. A teraz? Debil nie chce wyleźć z mojej głowy, ja nie mam pojęcia, jak się zachować oraz - co najgorsze - nie znajduję czasu by odwiedzić grób Seby. Może przed szkołą udałoby mi się? Z tą myślą zasnąłem.

            -Kaith! Nie ruszaj się! - Usłyszałem w pewnej chwili głos Sebastiana. Znajdowałem się w górach, teren nie był na szczęście stromy, jednak otaczały mnie nagie skały. Dookoła panował półmrok, mimo tego, iż słońce było w godzinach szczytu i grzało niemiłosiernie. Jednak przez czarną mgłę nie mogłem za wiele dostrzec. Zacząłem rozglądać się za ukochanym, jednak nie mogłem go zauważyć. - Uważaj! - krzyknął, a ja odwróciłem głowę w kierunku skąd dochodził głos. Wtedy zobaczyłem go, biegnącego w moją stronę, miał zmarszczone brwi, sprawiał wrażenie zdenerwowanego, zmartwionego. Chciałem do niego podbiec, zapytać, co się stało, jednak mgła odgrodziła mnie od niego i zaczęła oddalać go ode mnie. Lokaj był pochłaniany przez czerń, a ja nie wiedziałem, jak mu pomóc…
            -Sebastian! - krzyknąłem oraz zacząłem biec w jego stronę. Starałem się go jakoś uwolnić, dogonić, jednak mgła była za szybka, a ja - za wolny. W pewnej chwili jedna z ,,chmur” ruszyła w moją stronę, chciałem uciec od niej, jednak nim się spostrzegłem, czerń zaczęła ogarniać mnie całego. Myślałem, że to koniec, ale coś lub ktoś mnie popchnął, przez co upadłem i uwolniłem się od ciemności. Ta osoba leżała na mnie i okazało się, iż był to Dorian. Zamrugałem parę razy, nie mogąc uwierzyć, że to on jest moim wybawicielem. Chciałem podziękować, lecz wtedy spostrzegłem, że i jego zaczęła ogarniać czerń. Chciałem pomóc mu uwolnić się, jednak Dorian pokręcił głową uśmiechając się delikatnie, po czym… zniknął.
            Nie tylko on zresztą, chmury odeszły, a wokół mnie panowała biel. Z moich zmysłów działał tylko słuch, który rejestrował wycie wilków. Czyżbym umarł i trafił do zaświatów?

            -Kaith! - A jednak nie umarłem, to był tylko sen… - Kaith! - powtórzyło się nawoływanie. Westchnąłem oraz niechętnie uchyliłem powieki. Nade mną stała Jessica, która przypatrywała mi się uważnie. - No wreszcie wstałeś, choć śniadanie gotowe.
            Jak się okazało, dzisiejszy poranny posiłek mieliśmy spożyć w jadalni i - o dziwo - całą rodziną. Przez większość czasu milczeliśmy, ale ja i tak podejrzewałem, że ma to jakieś głębsze znaczenie.
            -Kochani - oho, miałem rację. Ojciec zawsze do nas się tak zwracał, gdy miał jakąś sprawę. - Nasza firma ciągle się rozwija i nadal jest najlepszą stacją telewizyjną w kraju… - bla, bla, bla. W tym momencie przestałem słuchać, nie interesował mnie rodzinny biznes, nasza duma, ja wolałem muzykę… - … i dlatego wszyscy razem musimy iść na ten bankiet - zakończył rodzic.
            -Kiedy? - zadałem proste pytanie, jednak spowodowało ono, iż cała rodzina spojrzała na mnie, jak bym z kosmosu spadł. Przy stole zapanowała niezręczna cisza, którą przerwał ojciec głośnym chrząknięciem, zmrużył groźnie oczy i przetarł twarz dłonią.
            -Jak już mówiłem - a to stąd ta cisza, chyba powinienem lepiej udawać, że słucham… - Bankiet odbędzie się dzisiaj i wszyscy - podkreślił słowo - musimy na nim być. Dlatego też zostajecie w domu - zwrócił się do mnie i Jess. - O czternastej mamy być na miejscu, ale około jedenastej widzę was odpowiednio ubranych w salonie. I nie, jeansy, shorty czy krótka spódniczka, nie są odpowiednim strojem.
            Tymi słowami zakończył ,,rodzinne” śniadanie i odszedł, razem z matką od stołu, spojrzeliśmy na siebie z Jess zdziwieni, nie mieliśmy prawa sprzeciwu…

            Gdy zszedłem do salonu ojciec przyjrzał mi się uważnie, oceniając mój strój, po chwili skinął głową z aprobatą… Przynajmniej nie musiałem iść się przebierać. Założyłem niebieską koszulę oraz czarny garnitur. Na szyi miałem naszyjnik, z którym się nigdy nie rozstawałem. Dwa pierwsze guziki miałem rozpięte i - o dziwo, ojciec nie zwrócił mi uwagi bym poprawnie je zapiął. Może stwierdził, że i tak się nie zgodzę, albo miał dosyć karcenia mnie o jakieś głupoty? Zadowolony, że nie musiałem słuchać wykładu stanąłem przy ojcu nie odzywając się, oboje czekaliśmy na moją matkę oraz siostrę. Jak to wiadomo, płeć piękna zawsze najdłużej się szykuje. Może dlatego wolę mężczyzn?
            Moje rozmyślania przerwało pojawienie się kobiet, mama założyła różowo-czarną sukienkę - chyba myślała, że przez róż będzie wyglądała na młodszą, oraz czarne szpilki. Z kolei Jessica miała czerwoną, sukienkę z dużym dekoltem i tego samego koloru buty. Obie kobiety na twarzy miały mnóstwo make-upu… Kolejna rzecz, która mnie odpychała od płci pięknej, no bo co może być pięknego w zakładaniu maski? Chyba nigdy nie zrozumiem ich…
            Ojciec ze zmarszczonymi brwiami przyjrzał się kobietom, chyba uznał, że wyglądają zbyt wyzywająco, ale nic nie powiedział.
            Całą rodziną zasiedliśmy na kanapie i rodzic zaczął opowiadać o firmie, która organizowała bankiet. Potem przeszedł do najważniejszego tematu - mówił o swoim najwspanialszym dziecku, czyli firmie. Jako, że mnie te tematy nie interesowały, myślami krążyłem wokół ważniejszych - myślałem o swoim ostatnim śnie. Co raz częściej pojawia się w moich koszmarach Dorian, dlaczego? Przez te sny mam wrażenie, iż znał Sebastiana, co jest niemożliwe, Seba nigdy nie zadawałby się z takim dupkiem.
            Wykład ojca trwał do godziny pierwszej, zapewne trwałby dłużej, gdyby mój staruszek tolerował spóźnienia. Jednak chciał pokazać swoją rodzinę w jak najlepszym świetle i o równej czternastej znaleźliśmy się na miejscu.

            Bankiet, jak to bankiet, był strasznie nudny, wszędzie kręcili się biznesmeni, którzy rozmawiali o swoich firmach, a kobiety podziwiały swoje stroje, obgadywały małżonków i żyły w swoim świecie chichocząc cicho. Przez to czułem się bardzo samotny, nie miałem z kim porozmawiać, nawet gdybym znalazł jakiegoś towarzysza, to o czym miałbym rozmawiać? O firmie, którą się nie interesowałem, która była mi zupełnie obojętna?
            Westchnąłem cicho i wziąłem kieliszek szampana z tacki, którą niósł kelner. I tak na mnie nikt nie zwracał uwagi, pewnie większość gości nie wiedziała ile mam lat… Z tych też powodów pozwoliłem sobie na zasmakowanie alkoholu. To był pierwszy bankiet bez Sebastiana, przez co dziwnie się czułem. Zawsze towarzyszył mi, no i pomagał, gdy ktoś pytał o firmę, a teraz? Nawet z Jessicą nie mogę porozmawiać, bo stoi z matką i rozmawia - z równie ,,wypięknionymi” kobietami, o cud kosmetykach… Nie wiem, jak mogą ciągle rozmawiać o urodzie. Z westchnieniem odłożyłem pusty kieliszek na tackę. Nawet nie zauważyłem, gdy go opróżniłem. Moje myśli samoistnie powędrowały do sobotnich wydarzeń. Nie, nie chodziło mi o pocałunek, a raczej o reakcję innych. Czy zauważyli, jak zareagowałem? Czy mają jakieś podejrzenia, a może zapomnieli o tym wydarzeniu? Przez te pytania, żałowałem, że nie poszedłem do szkoły. Ciekawe, jak zareagowali na moją nieobecność, może myślą, iż stchórzyłem?
            -Przepraszam, Kaith Newson? - Z rozmyślań wyrwał mnie czyjś głos. Należał on do mężczyzny, który na moje oko miał z dwadzieścia siedem lat. Nie był jakoś specjalnie przystojny i na pierwszy rzut oka widać było, że praca w biurze mu nie służy.
            -Tak, w czym mogę pomóc? – odpowiedziałem.
            -Nazywam się Jerry Carry i, jak zapewne wiesz, organizuję ten bankiet. - Skinąłem głową mówiąc ciche ,,miło mi”, po czym ucisnęliśmy sobie dłonie. - Jak ci się podoba?
            -Wystrój lokalu bardzo łany i jedzenie smaczne - powiedziałem oszczędnie. W końcu, co miałem jeszcze dodać? Przecież, nie będę gadał bzdur o ,,wspaniałym” towarzystwie. Mężczyzna zaczął niezobowiązującą rozmowę i szczerze mówiąc wolałem stać sam. Ciągle gadał o swojej firmie, a ja potakiwałem i udawałem, jak to wspaniale…
            -A jak wasza firma? - zmienił nagle temat przywracając mnie na ziemię. Spojrzałem na niego zdziwionym wzrokiem.
            -Póki co, rozwija się dość sprawnie… - odmruknąłem cicho. Teraz przyszedł moment, w którym robię z siebie głupka, skąd mam wiedzieć, do jasnej Anielki, jak się ma stacja telewizyjna, skoro się nią nie interesuję!?
            -Słyszałem, że macie jakiś kryzys…
            -Kryzys? - powtórzyłem pytającym tonem. Naprawdę mamy kryzys? Moje kieszonkowe się nie zmniejszyło, więc aż tak źle chyba nie jest… - Jaki kryzys? - Nie miałem zamiaru mówić tego na głos… Naprawdę chciałem to pytanie zachować dla siebie, ale oczywiście nie udało mi się. Mężczyzna spojrzał na mnie zdziwiony.
            -Kaith bardo wierzy w naszą firmę… - usłyszałem w pewnej chwili pewny głos ojca. - Dla niego taki kryzys, to nie problem, bo wie, że szybko z niego wyjdziemy. - Usprawiedliwił mnie. Carry uśmiechnął się sztucznie, skinął głową i odszedł od nas tłumacząc, że musi porozmawiać jeszcze z innymi gośćmi. Rodzic spojrzał na mnie surowym wzrokiem, przekazując mi tym samym, iż powinienem zainteresować się życiem firmy…

            Rano dość szybkim krokiem szedłem w stronę cmentarza. Dzisiaj zamierzałem dotrzymać słowa danego sobie i odwiedzić grób Sebastiana.
            -Przepraszam - doszedł w pewnej chwili czyjś głos do mnie. Odwróciłem się w stronę tajemniczego mężczyzny. - Nie jestem stąd i nie orientuję się… Czy mógłbyś mi powiedzieć, gdzie jest cmentarz?
            Mężczyzna miał długie blond włosy związane w luźną kitkę, sięgającą łopatek. Wyglądał dość nietypowo, ubrany w czarne spodnie i tego samego koloru, sięgający łydek, płaszcz. Do tego kołnierz owego ubioru był postawiony i w dość ciekawy sposób okrążał szyję. Jednak nie jego ubiór mnie najbardziej zadziwił. Mężczyzna miał hipnotyzujące złote tęczówki, które wyglądały bardzo znajomo… 

~~~~~~
 Moim zdaniem jest za mało Kaitha. Brakowało mi Doriana.. Dlatego obiecuję, że w następnym rozdziale skupię się bardziej na tej parze (oczywiście Josh i "pies" też się pojawią)
Pozdrawiam <3

1 mar 2013

Rozdział 4 [YAM]

Dziękuję za komentarze <3 Bardzo, ale to bardzo się z nich cieszę. Jesteście wspaniali ♥
Dzisiaj pojawia się rozdział 4... Zastanawiałam się czy dodać go dzisiaj czy 8 marca na dzień kobiet. Uznałam, że lepiej dzisiaj, bo dzisiejszy dzień jest dla mnie ważniejszy xD

Ten rozdział dedykuję wszystkim czytelnikom, a w szczególności osobą, które mnie motywują do pisania ^^ Dziękuję za przypominanie, iż mam pisać, nie czytać. A z tym idzie mi ciężko...

Z góry chciałam wszystkich autorów opowiadań przeprosić, bo od 4 marca nie będę czytać. Takie postanowienie Wielkopostne. W Wielkanoc będę starała się po nadrabiać.. Znaczy jeżeli w opowiadaniu głównym wątkiem NIE będzie miłość męsko-męska, to raczej będę mogła przeczytać.. Jeszcze zobaczymy jak to wyjdzie ;3 Dlatego moje komentarze zanikną, na ten okres, ale obiecuję, że w Wielkanoc się pojawią ^^

A teraz dziwne pytanie. Czy tylko ja jestem taką sierotą i choruję w swoje urodziny? Zamiast gości przyjmować, ja do lekarza mam jeździć?? T^T

Dobra już nie zanudzam. Bo się tak troszkę rozpisałam i pewnie bzdury popisałam >.<
Zapraszam do czytania 4 rozdziału no i oczywiście liczę na komentarze, które motywują mnie do pisania *w*




            Patrzyłem przerażony na przyjaciółkę. Dagmara przez chwilę spoglądała na mnie z uśmiechem. Przyłożyła dłoń do brody i przekrzywiła zabawnie głowę. Jednak jej oczy wciąż groźnie błyszczały. Każdy w napięciu oczekiwał zadania. W pewnej chwili Alex podszedł do dziewczyny i wyszeptał coś jej na ucho. Daga uśmiechnęła się, po czym pokręciła powolnie głową.
            -Skoro tak „chętnie” całowałeś się z Caroline - zaczęła, a wspomniana dziewczyna pobladła lekko. - To pocałujesz się z Dorianem - uśmiechnęła się szerzej. W pomieszczeniu zapanowała cisza. Patrzyłem na nią zdziwiony. Cholera! Dlaczego ona mi to robiła? Przecież wiedziała, że ostatnim razem całowałem się z Sebą. Zdawała sobie sprawę, iż jest mi ciężko. Jasne, pobawmy się w gnębienie Kaitha!  
            -Dziewczyno! - stanął w mojej obronie wzburzony Dave. - On, w przeciwieństwie do twojego brata, ciotą nie jest!
            -Skoro tak twierdzisz to, czemu ma się nie pocałować? Przecież mu nie stanie! - wysyczała Daga. Najgorsze jednak było to, że gejem byłem. I w takich chwilach czułem się naprawdę głupio. Jestem beznadziejny, tak okłamywać własnych przyjaciół…
            -A on nie ma nic do powiedzenia? - wtrąciłem. Dagmara spojrzała na Doriana. Z miny chłopaka nie można było niczego odczytać. Siedział, jakby to nie o nim rozmawiano.
            -Dorian jakoś nie zgłasza sprzeciwu, więc nie. - uśmiechnęła się. Złotooki zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. - Tylko ten pocałunek ma być namiętny i dłuugi. Taki z języczkiem - uśmiechnęła się cała w skowronkach. Westchnąłem cicho powoli podnosząc z miejsca. Zauważyłem, że Dave wstaje cicho mamrocząc: „Nie będę patrzył, jak mój kumpel robi z siebie pedała”. Westchnąłem przybliżając się do Doriana. Chłopak napiął lekko mięśnie. Miał zaciętą twarz, jednak nie umiałem wyczytać z niej uczuć.
            -Pamiętajcie, to tylko zabawa. Kaith, nie musisz tego robić… - zaczął spokojnym głosem Oscar. - Tylko wtedy po raz pierwszy zrezygnowałbyś z wyzwania.
           -I będziemy mogli podziwiać twoją klatkę piersiową! - zaśmiał się Michael. Dzięki tej krótkiej wymianie zdań, atmosfera lekko złagodniała. Pokręciłem głową. Nie mam zamiaru pokazać swojej słabości. W końcu to tylko zabawa i nic nie znaczy, prawda?
            Przybliżyłem się do Doriana siadając naprzeciwko niego. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Chyba żaden z nas nie przewidział takiego obrotu spraw. Przełknąłem ślinę i powoli objąłem go za szyję. Dla osób trzecich ruch ten mógł się wydawać niechętny, jednak dla mnie… Och, jak ja dawno nie obejmowałem mężczyzny. Złotooki objął mnie w pasie delikatnie, spojrzał mi w oczy. Te hipnotyzujące, teraz już czerwone oczy, wpatrywały się we mnie. Jednak nie przejmowałem się ich barwą. Bardziej zaintrygowało mnie samo spojrzenie, jakby nieme wyzwanie. Zmarszczyłem brwi i przybliżyłem swoją twarz do jego. Nasze oddechy zlały się w jeden. Przez chwilę siedzieliśmy nie ruszając się, czekając, aż ten drugi wykona pierwszy krok. Dalej patrzyliśmy sobie w „zwierciadła dusz”. Moje serce dostało jakiegoś kopa i pędziło z prędkością światła. Miałem nadzieję, że Dorek (jak to zacząłem go w myślach nazywać) mojego pędzącego tętna nie wyczuje… Westchnąłem cicho, łącząc delikatnie nasze wargi. Chłopak oddał po chwili pocałunek mocniej mnie obejmując. w ten, sposób przyciągając do siebie. Sam również przycisnąłem chłopaka, nie chcąc go wypuszczać ze swych ramion. Dorian jako pierwszy zamknął oczy, idąc za jego przykładem opuściłem powieki. Przez chwilę walczyliśmy o dominację. Oboje chcieliśmy „prowadzić” w tym pocałunku. Chłopak przeniósł jedną rękę na moją głowę, wplątując mi palce we włosy. Jęknąłem cicho, co Dorian od razu wykorzystał i wepchnął swój język do mojej jamy ustnej. Niespiesznie ją badał, by po chwili trącić mój język, zachęcając tym samym do wspólnej zabawy. Z ochotą na to przystałem. W ramionach chłopaka nie myślałem za dużo. Czułem się bezpiecznie. Było mi ciepło i przyjemnie. Po moim kręgosłupie przeszły delikatne ciarki.
             Nie podobało mi się to, że Dorian kontroluje pocałunek. Próbowałem wypchnąć jego język, by przenieść się do jego jamy ustnej. Jednak on nie chciał ulec mojej niemej prośbie. Nasz pocałunek zaczął być agresywny. Walczyliśmy żarliwie o dominację. Dorian ścisnął mnie mocniej w pasie, tym samym pokazując, że nie mam szans z nim wygrać. Zmarszczyłem brwi delikatnie przygryzając jego język. Chłopak zaskoczony wycofał go, co ja od razu wykorzystałem. Tym razem ja „prowadziłem” ten pocałunek, z czego byłem bardzo zadowolony. Jednak, jak to łatwo przewidzieć złotooki (chociaż, teraz powinienem powiedzieć czerwonooki) nie dał mi porządzić i szybko przetransportowaliśmy się do mojej jamy. Nie myślałem w tej chwili o kumplach, którzy siedzą teraz i przyglądają się pocałunkowi, o zadowolonej z siebie Dagmarze, o zniesmaczonym Dave… Teraz liczył się tylko Dorian, nie interesowało mnie, jak będą nasze stosunki później wyglądały. Ważne było to, że mogę być przy nim, choć przez chwilę, przy tym debilu, głupku.…
            Poczułem delikatne poruszenie w kroku. No pięknie jeszcze mi stanie! Po głębszym przemyśleniu, doszedłem do wniosku, że już stanął… Uhh. Gdybym kogoś miał, nie podniecałbym się zwykłym pocałunkiem. Na szczęście usiadłem w takiej pozycji, iż nie było nic widać. No i moje spodnie były szersze, niż zwykle… Nie chcąc doprowadzić się do gorszego stanu odsunąłem się od Doriana. Na zakończenie pocałunku musnąłem jego wargi. Spojrzałem w jego oczy oczekując reakcji. Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Przygryzłem delikatnie wargę. Po chwili Dorian spojrzał na mnie, jednak z jego złotych tęczówek (tak, znowu zmieniły kolor) nic nie mogłem wyczytać. Puściłem jego szyję i chciałem się odsunąć, jednak dłonie chłopaka uniemożliwiły mi to. Spojrzałem na niego ze zmarszczonymi brwiami. O co mu chodzi? Nachylił się nade mną i szepnął do ucha, delikatnie owiewając moją skórę, swoim ciepłym oddechem.
            -Nienawidzę cię - wysyczał.
            -Ja ciebie też - powiedziałem z trudem wyplątując się z jego objęć. W końcu miłe słowa to to nie były. Zwłaszcza po pocałunku. Ponownie zmarszczyłem brwi i zająłem swoje miejsce.

            Impreza trwała dalej. Z Dorianem nie zamieniliśmy ani słowa i chyba wszyscy zdążyli zapomnieć o tym wyzwaniu. No dobra, prawie wszyscy… Dagmara rzucała mi zaciekawione spojrzenia i wiedziałem, że później będzie chciała ze mną rozmawiać. Jednak ja nie miałem na to ochoty. Och, jaki ja na nią wściekły byłem. Najchętniej uciąłbym jej ten język, by więcej nie wpadała na „genialne” pomysły. Westchnąłem i włożyłem naczynia do zmywarki. Po imprezowe sprzątanie uważam za otwarte! W domu zostałem ja, Daga i Igor. Rodzeństwo obiecało mi pomóc w ogarnięciu pomieszczeń. Tak wiem, od tego mam służbę, ale nie chciałem się nimi wyręczać.
            -I jak było? - usłyszałem nagle przy uchu. Z szoku omal nie wypuściłem talerza z rąk. - Tak długo się całowaliście, to było takie słodkie, a potem… Co on ci właściwie powiedział?
            -Daga, zamknij się. Bo mam ochotę cię udusić. Co to miało być!? - wydarłem się na przyjaciółkę. Moje zdenerwowani sięgało zenitu. Odłożyłem talerz na szafkę, obawiając się, że inaczej wyląduje na przykład, na głowie przyjaciółki.
            -Przecież oboje wiemy, że ci się podobało… - zaczęła wzruszając ramionami. - Zresztą brakuje ci chłopaka. A z Dorianem pasujecie do siebie. Gdybyś wiedział jak słodko wyglądaliście całując się…
            -Co ja słyszę, braciszek się całował? - podniosłem wzrok i zauważyłem stojącą w progu Jess. Najwyraźniej moja siostrzyczka przed chwilą wróciła do domu. - A mnie nie było. No jak to możliwe, abym przegapiła taki moment? Następnym razem mnie zawołasz, prawda Dagmaro?
            -Zamknij się smarkulo - warknąłem. - Bo inaczej rodzice dowiedzą się, że wróciłaś do domu o czwartej trzydzieści… - zaszantażowałem ją, po czym poszedłem do siebie do pokoju. Miałem w dupie czy moi przyjaciele posprzątają czy nie. Póki co chciałem być sam, chciałem zapomnieć o dzisiejszym wydarzeniu, ale smak ust Dorka, wcale mi nie pomagał…


~Josh~

            Z imprezy Kaitha musiałem wyjść zaraz po jego pocałunku z Dorianem. Nie miałem czasu, aby pożegnać się z przyjaciółmi, bo Celia była zmęczona. W milczeniu odprowadzałem dziewczynę. Ostatnio miałem jej dosyć. Czułem się ograniczony, ale zależało mi na niej. Mimo tych kłótni i ciągłych narzekań, chciałem z nią być. Westchnąłem, gdy doszliśmy do jej domu. Dziewczyna bez słowa, pocałowała mnie w policzek i ruszyła w stronę budynku. Patrzyłem na nią zdziwiony, nie zapytała się czy zmęczony nie jestem czy nie wszedłbym na głupią herbatę. Ba, nawet mi nie podziękowała za to, że ją odprowadziłem, że wyszedłem z imprezy, specjalnie dla niej! Nawet nie rzuciła głupiego „pa”. Nie, bo po cholerę? Przecież to ja jestem tym złym, to ja ciągle ją zawodzę…
            Ścisnąłem dłonie w pięść i ruszyłem w stronę domu. Oczywiście mogłem wrócić do Kaitha, ale miałem zjebany humor. Ostatnio coraz bardziej denerwuje mnie Celia i wszystkie moje zmiany nastroju są spowodowane właśnie przez nią.  W milczeniu przemierzałem uliczki, marszcząc brwi. Po cichu wślizgnąłem się o domu i rzuciłem na łóżko. Nie miałem siły, aby cokolwiek ze sobą zrobić. Jak ległem, tak zasnąłem.

            Nagle do mojej świadomości wdarł się głośny dźwięk. Wystraszony podniosłem się do pozycji siedzącej. Po chwili spostrzegłem wibrujący telefon na szafce nocnej. Jako, że nie chciało mi się wstawać, przeciągnąłem się i sięgnąłem po niego. Jednak w trakcie podnoszenia urządzenia straciłem równowagę i sturlałem się z łóżka. Ze śmiechem odebrałem.
            -Josh, dzisiaj wieczorem, tam gdzie zawsze.
            -Tak jest sir! - przyłożyłem dwa palce do czoła, salutując. Dopiero po chwili zorientowałem się, iż przyjaciel nie mógł tego zobaczyć. Zaśmiałem się cicho. - Z jakiej okazji dzisiaj pijemy?
            -To niespodzianka.
            Chłopak rozłączył się, a ja pokręciłem zadowolony głową. Z Matthew znam się od podstawówki. Zawsze trzymaliśmy się razem, nawet po wyborze innych liceów, utrzymujemy kontakt.
            Nie chcąc psuć sobie humoru wyłączyłem telefon i z powrotem położyłem się. Dziś była niedziela, w dodatku dziewiąta rano. Co oznaczało, że jest o wiele za wcześnie by wstawać. W końcu musiałem sobie jakoś wynagrodzić cały tydzień wczesnego wstawania. Z rozleniwionym uśmiechem położyłem głowę na miękkiej, ciepłej poduszce i odpłynąłem.
            W końcu około pierwszej po południu podniosłem się, by zjeść poranne śniadanie. W mojej lodówce, co nikogo nie powinno dziwić, zawitały pustki. Pokręciłem głową i zdegustowany wyszykowałem się, by opuścić mieszkanie.
            Nogi zaprowadziły mnie do McDonalda, gdzie powoli spożywałem posiłek. Powinienem zaopatrzyć się w jakieś jedzenie aczkolwiek, jako że należę do grupy ludzi leniwych, wolałem zjeść śniadanie w Fast Foodzie. W między czasie obserwując ludzi w pomieszczeniu. Nie było ich wielu, bywały dni, kiedy większe tłumy przesiadywały w tej „restauracji”.
            W pewnej chwili moją uwagę przyciągnęła pewna para. Para, jak para, w oczach widać było miłość, szeptali sobie coś na uszy… Jednak była to dwójka mężczyzn. Samoistnie ścisnąłem mocniej papierek po cheesburgerze, a na moją twarz wypłynął grymas. Niby każdy ma prawo do miłości.. Ale jak facet może kochać faceta? No dobra, nie znam się na miłości homo, aczkolwiek nie wyobrażam sobie, abym mógł być z chłopakiem. Wiadomo, można się z kumplami wygłupiać, ale żeby tak na poważnie? Dwóch facetów całujących się nie wkurwia mnie, nie obrzydza, ale napawa pewnym zdziwieniem. Zwłaszcza, gdy spostrzegłem, iż jednym z tych koleżków jest… Igor.
            Pokręciłem głową i opuściłem lokal.

            -No wreszcie jesteś! - usłyszałem, gdy wszedłem do baru. - Boże, jak ja cię dawno nie widziałem! Nic się nie zmieniłeś. - Krzyczał Matthew i rzucił mi się na szyję, mocno ściskając. Mój przyjaciel lubił dramatyzować, okazywać uczucia w… dwuznaczny sposób. Tak jak teraz. Ale i tak go lubiłem. - Matko jak ja się za tobą stęskniłem! - wykrzyczał prosto do mojego ucha, przez co się wzdrygnąłem i uderzyłem go w ramię. Chciał abym ogłuchł czy jak? Jednak tulić się dalej pozwoliłem. - A ty tęskniłeś za mną? - zapytał uwodzicielskim głosem.
            No nie, tego już za dużo! Odepchnąłem go lekko aczkolwiek stanowczo, powoli wymijając
            -Za tobą? - prychnąłem. Szedłem w stronę stolika, domyślając się, że przyjaciel podąża za mną. Kontynuowałem . - Za tym debilem, kretynem, zboczeńcem, wariatem i nieokrzesanym małpiszonem? - Zasiadłem przy stoliku, na którym zauważyłem rzeczy Mattiego. Mój towarzysz zajął miejsce naprzeciwko mnie, przez co mogłem zauważyć jego wściekłą minę. - Oczywiście, małpeczko - zakończyłem słodkim głosikiem, niewinnie mrugając. Matthew wybuchnął śmiechem.
            -Wiesz co? Mógłbyś być milszy… - udał obruszonego (co mu nie wyszło przez śmiech) i po poinformowaniu, ruszył po piwo. Ciekawiło mnie, z jakiego powodu dzisiaj będziemy pić… Co się wydarzyło w życiu mojego przyjaciela?
            -No to, jaka to okazja? - zapytałem, gdy wrócił.
            -A to musi być jakaś okazja, abym wypił z najlepszym przyjacielem? - udał zdziwienie i obruszenie. Przewróciłem oczami czekając na ciąg dalszy. - No dobra, dobra - uniósł dłonie w geście poddaństwa. - Chyba znalazłem, w końcu, miłość swojego życia… - oczka mu się z rozmarzeniem zaświeciły.
            -Która to już będzie w tym roku? - zapytałem z zaciekawieniem. - Piąta? Szósta?
            -Ale teraz, to już tak naprawdę… - zaczął, ale nie pozwoliłem mu zakończyć.
            -Była Viola, Maggie… - zacząłem wyliczać.
            -Dobra, dobra zrozumiałem - westchnął. - Ale tym razem to chyba… - plątał się. Uśmiechnąłem się z rozbawieniem i wzniosłem toast.
            -Za miłość. Aby tym razem ci się powiodło, małpiszonie. - obaj się zaśmialiśmy i stuknęliśmy kuflami.
            W barze siedzieliśmy z godzinę, wypiliśmy kilka piw, gdy rozdzwoniła się moja komórka.
            -Gdzie jesteś? - usłyszałem po drugiej stronie, zdenerwowany głos Celii
            -Z Matthew w barze, a coś się stało?
            -No pewnie! Ciągle tylko koledzy, koledzy. Dla mnie już czasu nie masz!
            -Kochanie wiesz, że jesteś dla mnie najważniejsza… - starałem się ją udobruchać. Nie chciałem się dzisiaj kłócić…
            -Jasne… - rzekła sarkastycznie.
            -Jutro cały dzień spędzimy razem, dobrze?
            -Naprawdę? To wspaniale! - pisnęła zadowolona. Jej głos był taki wysoki, że musiałem odsunąć troszeczkę telefon od ucha. - Nie mogę się już doczekać! Pójdziemy na zakupy!
            Bez pożegnania rozłączyła się. Spojrzałem ze zmarszczonymi brwiami na telefon. Pokręciłem głową. Z tą dziewczyną spokoju chyba już nigdy nie będę miał.
            -Dlaczego z nią jeszcze nie zerwałeś? - zdziwił się Matthew. Spojrzałem na niego z uniesioną brwią, dając mu tym samym znak, aby kontynuował. - Ta laska, myśli tylko o sobie! Ogranicza cię na każdym kroku. Nie rozumiem, co cię jeszcze przy niej trzyma… - westchnąłem i spojrzałem na przyjaciela. Sam chciałbym wiedzieć, co mnie przy niej trzyma…

            Następnego dnia, zaraz po szkole, poszedłem z Celią do centrum handlowego. Byłem niewyspany, zmęczony - w końcu picie do drugiej rano dało się we znaki. Jednak nie zamierzałem odmawiać mojej dziewczynie. W końcu obiecałem jej zakupy… Chłopacy patrzyli na mnie ze współczuciem, chyba rozumieli mój stan fizyczny jak i psychiczny. Takiego kaca miałem! W ogóle cud, że wstałem z łóżka… Dobrze, że nie mieszkam już ze starymi, inaczej miałbym przechlapane.
            Celia, nie zważała na mój stan zaciągając mnie do każdego sklepu. Kazała sobie doradzać i wydawała mnóstwo pieniędzy. Jak już nie gadała o ciuchach, to paplała o znajomych. No i oczywiście nawijała o pocałunku Doriana z Kaithem. Miałem nadzieję, że temat rozejdzie się po kościach, jednak okazało się to niemożliwe.
            Po kilku godzinach, dziewczyna dała mi spokój i mogłem ją spokojnie odprowadzić do domu. Oczywiście to ja niosłem jej zakupy… Zastanawiam się czy jestem jej bagażowym, czy chłopakiem… Pod jej domem oddałem torby.
            -Dziękuję za miły dzień - powiedziała zadowolona i pocałowała mnie w policzek. Dziewczyna miała dobry humor, a ja nie chciałem wracać do pustego domu… Postanowiłem zaryzykować. Złapałem ją za talię i przysunąłem do siebie. Delikatnie musnąłem jej wargi, Celia po chwili oddała pieszczotę. Pocałowałem ją czule, a ona objęła mnie za szyję, zachichotała. Całowaliśmy się delikatnie. Po chwili dziewczyna odsunęła się i chciała ruszyć do domu, jednak nie pozwoliłem jej na to. Spojrzała na mnie zdziwiona.
            -Może mógłbym, wejść do środka i zobaczyć cię jeszcze raz w tych ciuszkach? - wymruczałem. Potarłem nosem o jej policzek. Dziewczyna napięła mięśnie stanowczo mnie odpychając.
            -Jesteś bezczelny! - warknęła. Spojrzałem na nią zdziwiony nie rozumiejąc, o co jej chodzi. - Myślałam, że jesteś inny! Ale nie. Myślisz tak samo, jak każdy facet! Tylko jedno wam w głowie! - wykrzyknęła. A moje źrenice zaczęły się poszerzać. - Tylko seks, seks i seks. I nie zaprzeczaj! Tylko o to ci chodzi! - warknęła, gdy zobaczyła, że chcę coś powiedzieć. Odwróciła się na pięcie i pobiegła do domu.
            -Ale… - nie miałem szans, by się wytłumaczyć i wyjaśnić jej w jak dużym błędzie jest.

            Powolnym krokiem szedłem w stronę domu. Nie miałem na nic siły, ani chęci. Celii nie rozumiałem. Jak to jest, że przez jedną osobę się zmieniam? Dlaczego przez swoją dziewczynę przestaję być sobą? Tak chyba nie powinno być… Moje rozmyślania przerwał jakiś pisk. Nie wiem, co to było może mi się przesłyszało? Chciałem iść dalej, ale odgłos się powtórzył. Zaciekawiło mnie, co lub kto wydaje te odgłosy. Skręciłem w boczną dróżkę mając nadzieję, że w dobrą stronę idę. Znalazłem się w ciemnej alejce, mało widziałem; gdy chciałem zawrócić, odgłos się powtórzył. Spojrzałem na ziemię przy budynku, skąd dochodziły dźwięki. Niestety, było zbyt ciemno, przez co nic nie zauważyłem. Podszedłem jednak powoli. W pewnej chwili dostrzegłem jakiegoś psa, nie to nie był pies raczej wilczur… Znałem się na rasach, ale takiej nigdy nie widziałem, może było za ciemno? Zwierzak oddychał nieregularnie, pisnął po raz kolejny. W paru krokach znalazłem się przy nim. Zwierzę spojrzało na mnie czekoladowymi oczami. Nigdy nie widziałem, takiego wzroku u psa. Tak jakby mnie poznawał, jakby wiedział, że nic mu nie grozi. Po chwili zamknął powieki i jego głowa opadła. Szybko sprawdziłem puls. Na szczęście pies żył. Odetchnąłem z ulgą i spojrzałem na tułów zwierzęcia. Na sierści widziałem… krew. Przełknąłem z trudem ślinę. Powinienem zająć się nim. Zdjąłem swoją kurtkę, by owinąć i podnieść wilczura. Był ciężki, miałem nie małe problemy by go unieść. Wziąłem zwierzę na ręce i z trudnością utrzymałem równowagę - cholera, naprawdę sporo ważył. Szybko pobiegłem w stronę głównej ulicy. Czułem, że moja kurtka zaczyna przesiąkać krwią, co sprawiało, że szybciej biegłem. Z zadowoleniem zauważyłem taxówkę na parkingu.
            -Przepraszam, może podwieźć mnie pan…
            -Psa nie zabiorę. Jeszcze  mi w samochodzie zrobi - przerwał mi zniesmaczony kierowca.
            -Ale on jest ranny, musi go zobaczyć weterynarz
            -To tym gorzej. Ubrudzi mi tapicerkę krwią.
            -Zapłacę podwójnie! - wykrzyknąłem zdesperowany. Mężczyzna z westchnieniem zgodził się. Szybko wsiadłem, położyłem zwierzaka na nogach i podałem adres rodziców. Pierwszy raz w życiu cieszyłem się, że mój tata jest weterynarzem…

            -Pierwszy raz widziałem, takiego psa… - westchnął mój tata, gdy opatrzył zwierzaka.
            -Przeżyje? - zapytałem.
            -Nie wiem… - westchnął. - Nie spotkałem się z tą rasą. Rany były głębokie, ale jest silny - uśmiechnął się. - Powinieneś odpocząć, ta noc będzie decydująca.
            Pokiwałem głową i podszedłem do zwierzęcia. Miał czarną sierść, długą i miękką w dotyku. Był naprawdę piękny. Kto lub co mogło zrobić krzywdę takiej pięknej istocie… Westchnąłem. Drzwi do pomieszczenia otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
            -Przygotowałam ci pokój - powiedziała łagodnie moja rodzicielka. - Jesteś zmęczony, zobaczysz wyliże się z tego - pocieszała mnie. Pokiwałem delikatnie głową. Nie wiem, jakim cudem znalazłem się w moim pokoju, w łóżku. Nie mogłem zasnąć. Czas leciał uporczywie wolno.  Nie mogłem odrzucić od siebie obrazu, biednego psa. Nie wiem dlaczego, ale polubiłem go, przywiązałem się. Wiem to głupie, ale tak było i już.
            Rano mama zrobiła moje ulubione śniadanie. Przez takie zachowanie czułem się, jak wyrodny syn. Nigdy nie okazywałem rodzicom, co do nich czułem. Gdy skończyłem osiemnaście lat wyprowadziłem się od nich. A przecież ich kocham… Będę im musiał to jakoś wynagrodzić. Starałem się wmusić w siebie jedzenie, jednak z marnym skutkiem.
            -Będzie dobrze, zobaczysz - pocieszała mnie mama. Ta kobieta naprawdę wiedziała, co mnie gryzie, jakby umiała czytać mi w myślach. Pokiwałem głową i lekko się uśmiechnąłem.
            -Josh - zaczął donośnym głosem ojciec.
            -I co z nim? - poderwałem się zniecierpliwiony. Twarz mężczyzny nie okazywała żadnych uczuć. Otworzył usta, a ja przyszykowałem się na najgorsze… 

13 lut 2013

Rozdział 3 [YAM]

Umm, z okazji dzisiejszego święta, którego ja nie obchodzę, dodaję trzeci rozdział.
A przy okazji chciałam życzyć, aby dzisiejszy dzień był spędzony ze swoją drugą połówką <3 Tak wiem, nie każdy ją posiada, na przykład ja... No ale mam nadzieję, że chociaż rozdział rozweseli ten dzień zakochanych ; P

Um, Co do rozdziału, to przepraszam, że musieliście tak długo czekać, na niego, ale mam nadzieję, iż 13 stron w wordzie, jakoś Wam to wynagrodzi. xD
Standardowo chciałam podziękować za komentarze. To one napędzają mnie do pisania <33 Mówiłam, że je kocham? Tak samo jak i Was za nie? ;3 Jeszcze raz Arigatou! *kłania się*.

Następny rozdział powinien pojawić się 1 marca, jednak ze mną nigdy nic nie wiadomo.. Więc może ulec to zmianie. Jednak dzięki zespołowi ADAMS (zwłaszcza piosence Dizzy Love) mam wielką ochotę na pisanie, więc mam nadzieję, że zdążę xD

Dobra już nie przedłużam, zapraszam do czytania no i komentowania ^^





            Następnego dnia w szkole zjawiłem się jeszcze bardziej spóźniony. Do klasy wbiegłem parę minut po dzwonku. Dzisiejszym powodem, znowu było zaspanie. Siostra wyszła godzinę wcześniej do szkoły, mama spieszyła się do pracy, taty w domu nie było, więc nikt mnie nie obudził. Piętnaście minut przed dzwonkiem na lekcję w moim pokoju zawitała zdziwiona Mirian. Tak więc do klasy wbiegłem dziesięć minut po dzwonku. Chyba będę musiał nastawiać budzik… przemknęło mi przez myśl. No i wcześniej kłaść się spać. Wczoraj, właściwie to dzisiaj zasnąłem przed czwartą rano. Nie moja wina, że chciałem skończyć tekst piosenki, a musiał być perfekcyjny. Opowiada ona  o nieodwzajemnionym uczuciu. Ukazuje ból, cierpienie, nienawiść, ale także miłość… Tekst jest w języku japońskim, przez co zespół nie zrozumie, o czym będę śpiewał. Pracowałem nad nią do pierwszej w nocy, następnie przez godzinę starałem się ogarnąć lekcję. Chciałem odrobić prace domowe, pouczyć się… Efekt nie był zachwycający, ale lepiej wiedzieć cokolwiek niż nic. O trzeciej zacząłem się szykować do snu. Na domiar złego, gdy już leżałem, to nie mogłem zasnąć.
            Cicho zamknąłem za sobą drzwi.
-Dzień dobry - rzuciłem do nauczycielki, gdy jej wzrok spotkał się z moim. W duchu cieszyłem się, iż pierwszą lekcją jest historia, gdyż nauczycielka ma do mnie słabość. Właściwie to do mojego ojca, ale nieważne.
- Przepraszam za spóźnienie.
-Kaith? - kobieta zdziwiła się moim nagłym pojawieniem w sali. - Co było powodem twojego spóźnienia?
-Przepraszam za ten haniebny czyn - próbowałem ją udobruchać. - Ale zaspałem - wyjaśniłem.
-W zasadzie to powinnam Cię do sali nie wpuścić… - westchnęła ciężko, a ja spojrzałem na zegarek. Cholera, gdybym, wszedł do sali trzy minuty wcześniej, nie byłoby tej szopki. - No dobrze już. Siadaj - powiedziała po chwili.
Czyli jednak mój urok osobisty wygrał! Ukłoniłem się kobiecie (jak mama mnie uczyła) i ruszyłem w stronę swojego miejsca. Po chwili spostrzegłem, iż ławka jest pusta. Czyżby mój sąsiad postanowił się przesiąść? Zająłem swoje miejsce, a następnie dyskretnie rozejrzałem się po sali. W klasie obecni byli wszyscy uczniowie, za wyjątkiem Doriana. Dlaczego go nie ma? Drugiego dnia szkoły na wagary poszedł? Może coś mu się stało? Nie żeby mnie to jakoś specjalnie interesowało, martwiłem się tylko o dobro zespołu oraz projekt z biologii. Co on sobie myślał opuszczając dzisiaj szkołę? Oczywiście mi to nie przeszkadzało. Miałem całą ławkę dla siebie, która nagle zaczęła sprawiać wrażenie pustej. Przynajmniej nie musiałem znosić tego irytującego spojrzenia. Tak, wreszcie mogłem skupić się na lekcji.
-Kaith! - z rozmyślań wyrwał mnie czyjś głos. - Odpowiesz mi wreszcie na pytanie? - zapytała nauczycielka, a ja zmarszczyłem brwi. Zadała mi jakieś pytanie? - Dobrze się czujesz? - zmartwiła się, a ja pokiwałem zamyślony głową. Kobieta westchnęła i zadała jakieś pytanie Alexowi. Ja natomiast znowu się wyłączyłem, nie myślałem o niczym konkretnym. Nie wiedziałem, dlaczego nie mogłem się skupić. Wokół mnie panowała pustka.
            Tym razem z otępienia wyrwał mnie dzwonek. Szybko spakowałem rzeczy, by następnie opuścić pomieszczenie. Usiadłem pod salą od matematyki. Jak ja nienawidziłem tego przedmiotu. Po chwili doszli do mnie przyjaciele. Znowu zaczęli planować sobotnie przyjęcie. Uśmiechnąłem się gorzko.
            Gdy Alex zawołał Caroline i jej koleżanki, zauważyłem Doriana stojącego przy przeciwległej ścianie. Dlaczego nie mógł zjawić się na pierwszej lekcji skoro na drugą zdążył? Może zaspał? Albo specjalnie odpuścił sobie historię i na przykład ćpał? Lub robił ciekawsze rzeczy z Teofilem? Nie wiem dlaczego, ale właśnie ta ostatnia myśl wzbudziła we mnie złość. Zacisnąłem dłonie.
            -Kaith, wszystko w porządku? - zapytała zaniepokojona Caroline.
            -Tak, pewnie - uśmiechnąłem się sztucznie. Poczułem na sobie czyjś wzrok. Wiedziałem, iż to Dorian, więc spojrzałem na niego. W tym momencie z mojej twarzy zszedł uśmiech.
            Chłopak patrzył na mnie z nieodgadniętym wyrazem twarzy. Wyglądał, jakby przed chwilą, ktoś porządnie go zlał. Pod lewym okiem Doriana widniał siniak, warga była rozcięta, sączyła się z niej krew. Jego włosy były w jeszcze większym nieładzie niż wczoraj. Jednak najgorsze z tego wszystkiego były ślady krwi na kurtce. Przełknąłem ślinę.
            -A temu, co się stało? - zapytał Dave przerywając wywód Calii, na temat zdrowej żywności.
            -Takiego groźnego udaje, a ktoś mu dołożył i to solidnie. - wtrącił Alex, po chwili gwiżdżąc przeciągle. Ja natomiast wpatrywałem się w złotookiego jednocześnie przysłuchując rozmowie znajomych.
            -Najwyraźniej wcale nie jest taki twardy - dodał Thomas, uśmiechając się kpiąco.
            -Według mnie, to jest obrzydliwe - wtrąciła się do rozmowy Calia. - Ciekawe, co chciał przez takie zachowanie zyskać… Szacunek, przyjaźń, nietykalność? - prychnęła. - Jak dla mnie powinien udać się do pielęgniarki. - dodała wzruszając ramionami.
Pozostali zgodnie pokiwali głowami i powrócili do swojej wcześniejszej rozmowy. Nie słuchałem ich za bardzo, moje myśli były zajęte osobą Doriana. Przyglądałem się mu. Chłopak sprawiał wrażenie zdenerwowanego. Ciągle o czymś myślał.
            -Jak dla mnie, bójki są dowodem słabości. - usłyszałem głos Caroliny nad uchem. Miałem wrażenie, iż Dorian prychnął w odpowiedzi, ale nie mógł jej usłyszeć. Caroline mówiła cicho, a i on był za daleko. Postanowiłem porozmawiać z nim na następnej lekcji. Jak na zawołanie zadzwonił dzwonek, ogłaszający zakończenie przerwy.
            Do klasy wszedłem jako jeden z pierwszych uczniów, natomiast Dorian ostatni.
            -Hej - przywitałem się, gdy zajął swoje miejsce. Chłopak wzruszył ramionami wyglądając za okno. Ciągle był zdenerwowany. Brwi miał zmarszczone i co chwila na mnie zerkał. Jakby sprawdzał, czy nadal siedzę obok niego… W tym czasie nauczycielka zaczęła coś tłumaczyć.
- Kto ci tak dowalił? - zapytałem z czystej ciekawości.
            -Nikt - warknął szybko. Miałem wrażenie, iż nie był zachwycony moim zainteresowaniem.
            -Czemu nie było cię na pierwszej lekcji? - zadałem kolejne niewygodne pytanie.
            -A co? Tęskniłeś za mną? - zapytał z kpiną w głosie. - A może zakochałeś się we  mnie, że tak wypytujesz - udawał poważnego, a ja prychnąłem w odpowiedzi. - Jesteś tak zdesperowany, iż wchodzisz swoimi buciorami w moje życie prywatne? - nie wiedziałem, czemu użył słowa „zdesperowany”, aczkolwiek miałem wrażenie, że nie przez przypadek. Wydawało mi się, iż o czymś wie.
            -Nie pochlebiaj sobie. Martwię się jedynie o zespół. Gitarzysta z podbitym okiem, nie jest dobrą wizytówką.
            Wypowiedziałem na jednym wydechu. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego zrobił na mnie takie wrażenie, podczas pierwszego spotkania? No dobra, z wyglądu jest całkiem, całkiem. Może nawet troszkę bardziej? Okej, okej jest przystojny i to bardzo. Ale z charakteru? Skończony dupek, kretyn. Jak Teofil może się z nim zadawać? Ciekawe, kim są dla siebie? Nie żeby mnie to jakoś szczególnie interesowało… Bo w ogóle mnie to nie obchodzi.
            -Reputacja zespołu na tym nie ucierpi - z rozmyślań wyrwał mnie głos Doriana.
            -Skoro tak mówisz - wzruszyłem ramionami. - Przy okazji, ufajdaczyłeś sobie kurtkę. Wygląda na krew, ale skoro twierdzisz, iż się nie biłeś, to ja nie wiem skąd się ona wzięła… - rzekłem głosem wypranym z emocji. Chłopak uśmiechnął się ironicznie. - Czyja to krew?
            -Nie przejmuj się - odpowiedział z uśmiechem. - Nie moja. Nie bój się, właścicielowi nie jest już ona potrzebna - chciałem wyciągnąć z niego więcej informacji, ale mój rozmówca został wywołany do tablicy. Nawet nie wiedziałam, które zadanie klasa robiła, a chłopak wykonał je perfekcyjnie. Nie wiem, jak można mieć taką podzielną uwagę… Gdy chłopak powrócił na swoje miejsce, chciałem dokładnie wypytać go o to co się stało. Jednak Dorian najnormalniej w świecie mnie olał, pytania, jakie mu zadawałem. Ciągle gapił się w okno i od czasu do czasu zerkał na mnie. Miałem wrażenie, iż mnie sprawdza.
            Starałem się nie poświęcać uwagi koledze z ławki. Uporczywie wpatrywałem się w tablice. W myślach wyzywałem złotookiego od debili, kretynów, chamów. Do końca lekcji udawaliśmy, iż się nie znamy. Gdy zadzwonił dzwonek jako pierwszy wybiegłem z sali kierując do szatni. Przyszedł czas na w-f. Szybko się przebrałem i usiadłem na ławce. Byłem tak pogrążony w myślach, że nie zauważyłem, gdy uczniowie zaczęli pojawiać się w pomieszczeniu. Nadal zastanawiałem się, czemu Dorian jest ubabrany krwią. Jeszcze mówił to z takim spokojem, znużeniem. Jakby bójka i morderstwo (bo jak inaczej wyjaśnić jego ostatnie słowa?) były dla niego normalną rzeczą, codziennością. Po cholerę myślisz o nim jak o zabójcy? Skarciłem sam siebie. Gadał tak, aby cię wkurzyć. Pewnie ma jakiś konflikt z gangiem, czy Bóg wie czym. No i oberwał…
            -Wohoo.. Ziemia do Kaitha - z rozmyślań wyrwał mnie głos Josha. Chłopak machał mi ręką przed oczyma. - Co się stało, że tak wyleciałeś z klasy?
            -A co miało się stać? - powiedziałem głosem wypranym z emocji. Chłopak spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami. Chyba nie bardzo mi wierzył. Po chwili doszła do nas reszta przyjaciół. Brunet przywołał na swoją twarz zwyczajowy uśmiech. Zaczęli rozmawiać o dziewczynach, a ja spojrzałem w okno. Dopiero teraz spostrzegłem, iż przy szybie stał Dorian. Złotooki wpatrywał się w jakiś punkt ze zmarszczonymi brwiami. Był zdenerwowany. Usta ścisnął w cienką linię, a dłońmi mocno ściskał bluzkę, którą miał ubrać. Stał w samych spodniach, przez co mogłem zobaczyć jego klatkę piersiową. Chłopak był dobrze zbudowany, a jego skórę pokrywały drobne włosy. Nie był jakoś specjalnie napakowany, ale widoczne były mięśnie. Moją uwagę przykuło dziwne znamię na jego obojczyku. Miałem wrażenie, iż gdzieś wcześniej widziałem je… W pewnej chwili Dorian gwałtownie się odwrócił i opuścił pomieszczenie, w między czasie zakładając koszulkę. Zmarszczyłem brwi. Czemu tak nagle wybiegł? Zdziwiony podszedłem do okna. Nie zauważyłem niczego, co mogłoby się wydawać podejrzane… Po chwili moją uwagę przykuła pewna osoba. Nie wyglądała na jakąś szczególnie niebezpieczną. Wyróżniała się z tłumu poprzez długi, czarny płaszcz i założony na głowę kaptur. Czyżby to ona była powodem dziwnego zachowania gitarzysty? Chciałem pobiec za Dorianem, ale w tamtym momencie zadzwonił dzwonek ogłaszając rozpoczęcie lekcji.
            Opuściliśmy szatnię, po czym stanęliśmy przed salą gimnastyczną. Nauczyciel, właściwie to „trener”, przyszedł do sali kilkanaście minut później. Gdy weszliśmy do pomieszczenia, zauważyłem, iż Doriana dalej  nie ma. Prychnąłem pod nosem, bo znowu pomyślałem, że uciekł. Cholera! Czemu ja ciągle o nim myślę!? Miałem dosyć tego, iż chłopak ciągle siedzi w moich myślach. Gdyby nie osoby przebywające na sali razem ze mną, podbiegłbym do ściany i zaczął w nią walić głową. Może to by mnie otrzeźwiło oraz wybiło mi z głowy Doriana. Jeszcze raz pomyślę o nim, a sobie coś zrobię! Czemu muszę zaprzątać głowę tym dupkiem? No i znowu!
            -Stańcie na białej linii - rzekł trener głosem nieznoszącym sprzeciwu. Nauczyciel nie zdążył dodać nic więcej, gdy drzwi do sali sie otworzyły. Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę i ujrzeli Doriana, który pewnym krokiem szedł w naszą stronę.
- Na pierwsze zajęcia się spóźniasz? - rzucił z pretensjami nauczyciel.
            -Przepraszam. - odpowiedział cicho - Ale miałem pewne, ważne spotkanie. - spojrzał nauczycielowi prosto w oczy. Miałem wrażenie, że jego wzrok był przesiąkniętym jakimś niemym wyzwaniem. Nauczyciel zmarszczył brwi po czym kazał stanąć chłopakowi w szeregu. Następnie mężczyzna sprawdził obecność. Zastanawiałem się, czemu Dorian rzucał takie dziwne spojrzenia naszemu trenerowi. Przecież to jego pierwsza lekcja! A on patrzył na niego, jakby bardzo dobrze go znał. Chociaż o mnie też mało wie, a nie lubi…
            -Panie Newson - usłyszałem głos nauczyciela. Trener nigdy za mną nie przepadał, z niewiadomych przyczyn i musiałem się z tym pogodzić. - Ile razy mam powtarzać, że biżuterię zostawiamy w szatni - specjalnie podkreślił słowo „biżuteria”, aby mnie zdenerwować. W odpowiedzi wzruszyłem ramionami. Już miałem wychodzić, gdy zauważyłem, że na palcach Doriana również znajdują się pierścienie.
            -Dlaczego jemu pan nie karze zdjąć „błyskotek”? - zapytałem trochę wrednie. Dorian spojrzał na mnie wściekle. Co miałem poradzić na to, iż nienawidziłem rozstawać się z moimi skarbami?
            -Oboje, marsz mi do szatni! - zarządził nauczyciel. Dorian spojrzał na niego najpierw zdziwiony, a potem wściekły. - Ruszać się - w milczeniu odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z sali. Gdy byłem już we wskazanym pomieszczeniu, usłyszałem głośne zamknięcie drzwi. Wiedziałem, że to Dorian, więc się nawet nie odwróciłem. Nagle zostałem popchnięty w stronę ściany. Napastnik odwrócił mnie w swoją stronę. Byłem przerażony, jednak uczucie to zostało zmienione na zdziwienie, gdy ujrzałem Doriana. Chłopak przycisnął mnie do ściany, nachylając nade mną. Jego twarz znajdowała się bardzo blisko mojej, oczy były czerwone jak krew. Patrzyliśmy sobie w „zwierciadła dusz”. Do moich nozdrzy doszedł jego zapach, a pachniał obłędnie. Czułem się jakbym był pod wpływem jakiegoś narkotyku
            -I co? Zadowolony jesteś? - wysyczał wściekły. Jego słowa przywróciły mi trzeźwość umysłu.
            -Nawet nie wiesz, jak bardzo - odrzekłem zadziornie. Dorian zmrużył oczy i zwilżył wargi językiem. Mimo okoliczności, ten gest wydawał mi się bardzo podniecający. Kurwa, o czym ty myślisz? skarciłem sam siebie. Chłopak przybliżył swoją twarz do mojej o kilka centymetrów. Czułem jego oddech na swoim policzku, wzmocnił uścisk na mojej koszulce No pięknie. Albo mnie zgwałci, albo pobije. O czym ja do cholery myślę? Jakie zgwałci? Najwyżej rzuci się na mnie z pięściami. Ale nie pozostanę bierny! Przecież Sebastian uczył mnie samoobrony. Seba… Mój oddech przyśpieszył. Tłumaczyłem to sobie wspomnieniem o ukochanym. Dorian zluźnił uścisk i spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Nie mogłem nic z niej odczytać. Jego oczy na powrót przyjęły złotą barwę, odsunął się ode mnie.
            -Zapomnij o tym - rzucił cicho - To nie tak miało wyglądać. Po prostu wybacz, poniosło mnie. - Rzekł, a w jego głosie słyszałem skruchę? Dorian zdjął swoją biżuterię i schował do plecaka. Spojrzał uważnie na jeden pierścień, po czym schował go do kieszeni spodni. Chyba myślał, iż tego nie zauważę. Następnie opuścił pomieszczenie.
            Stałem przy ścianie nie rozumiejąc jego zachowania. Dlaczego się zdenerwował? Czemu się tak zachował? Co chciał mi zrobić? On mnie przeprosił? Kazał zapomnieć? Jakby to było łatwe. Czemu wziął ze sobą pierścień? Myślał, że tego nie zauważę? Ma dla niego aż taką wartość? Jednak najbardziej ciekawiło mnie, o co chodzi z tymi oczami. Dlaczego zmieniły swoją barwę ze złotej na czerwoną i odwrotnie? Nie znałem odpowiedzi na te pytania. Będę musiał pogodzić się z tym, iż nigdy ich nie poznam. Westchnąłem cichutko. W końcu to Dorian… Potrząsnąłem głową, zdjąłem swoje skarby i opuściłem szatnie.
           
            Tego dnia nie rozmawialiśmy o tym, co miało miejsce wcześniej. Nie rozmawialiśmy ze sobą więcej, niż było to potrzebne. Na angielskim pracowaliśmy w parach i o dziwo nie kłóciliśmy się. Muszę przyznać, iż jako partner jest nawet znośny, jeżeli oczywiście nie rzuca kąśliwych uwag. Może projekt z biologii nie będzie wielką klęską?
            Gdy zabrzmiał dzwonek ogłaszający koniec zajęć na dziś, z Dorianem wstaliśmy równocześnie (cóż za synchronizacja) i opuściliśmy pomieszczenie. Razem szliśmy przez korytarz w stronę sali muzycznej. Oczywiście, żaden z nas się nie odezwał.
            Koledzy zaniepokoili się, gdy zobaczyli, w jakim stanie przyszedł Dorian. Lecz złotooki ich wyśmiał. Zauważyłem, że siniak pod okiem jest prawie niewidoczny, a po rance na wardze nie ma śladu. Jakim cudem rany zagoiły się tak szybko? Damon wymusił na nim obietnicę, iż nigdy więcej nie przyjdzie na próbę w takim stanie. Po nadmiernym przejmowaniu się Dorianem (oczywiście ja milczałem), Damon zarządził koniec przerwy. Próba przebiegła w miarę przyjaznej atmosferze. Z gitarzystą prowadzącym rozmawiałem wyłącznie o muzyce, lider przekazał mu nuty. Oczywiście nowy nie byłby sobą, gdyby nie zaproponował kilka ulepszeń. Niestety musiałem przyznać, iż jego uwagi były trafne. Przegraliśmy kilka utworów.
            -Ettoo… Napisałem tekst do tej piosenki - wyznałem w pewnej chwili. Wyciągnąłem swój zeszyt z tekstami, otworzyłem na odpowiedniej stronie i podałem liderowi.
            -Zaśpiewaj to. - rzekł Damon głosem nieznoszącym sprzeciwu. No tak tekst był zapisany hiraganą, nawet przeczytać tego nie umiał. Kiwnąłem głową spoglądając niepewnie na Doriana. W końcu potrzebowałem melodii. Chłopak uśmiechnął się w dziwny sposób.
            -No, zobaczymy co wymyśliłeś. - rzekł wyzywająco. Zmarszczyłem brwi. Przez cały dzień złotooki był zdenerwowany, ciągle nad czymś myślał, no i jeszcze to dziwne zachowanie w szatni… Natomiast, gdy miałem zaśpiewać swój tekst, on zaczął się szczerzyć. Mogło to oznaczać tylko jedno… On chciał mnie pogrążyć, ośmieszyć przed kolegami. Jaki debil, kretyn, cham, baka! Ale ja się nie dam. Nie dam mu tej satysfakcji.
            Dorian chwycił za gitarę i zasiadł na ławce. Zająłem miejsce naprzeciwko niego. Kiwnąłem mu głową, tym samym dając znać, iż może grać. Chłopak delikatnie szarpnął za struny, po chwili po pomieszczeniu rozniosła się melodia. Jednak tym razem utwór był wzbogacony o mój wokal. Dawałem z siebie wszystko, starałem się wchodzić odpowiednio w dźwięki. Chciałem wypaść jak najlepiej, aby udowodnić temu idiocie, że coś potrafię. W połowie piosenki podniosłem wzrok na gitarzystę. Moje oczy napotkały złote tęczówki intensywnie wpatrujące się we mnie. Resztę piosenki patrzyliśmy sobie w zwierciadła duszy. Jego wzrok był łagodny, pierwszy raz widziałem u niego takie spojrzenie. Wpatrując mu się w oczy, czułem się bezpiecznie, nie liczyło się nic oprócz nas i muzyki. W jego złotych tęczówkach zacząłem zauważać czerwone iskierki. Miałem wrażenie, że te dwie barwy tańczyły ze sobą. Jak on to robił, że barwa jego tęczówek się zmieniała? Od czego to zależy? A może mi się wydawało pod wpływem światła? Muszę przyznać, iż kolor czerwony dodawał Dorianowi drapieżności.
Nawet nie zauważyłem, gdy skończyliśmy grać utwór. Przestałem śpiewać, a chwilę później Dorian grać. Jednak nie zmieniliśmy swoich pozycji, wciąż wpatrywaliśmy się w swoje oczy.
Z tego dziwnego stanu wyrwały mnie czyjeś oklaski.
            -Jesteście najlepsi! - krzyknął Oscar. Uśmiechnąłem się w odpowiedzi, a Dorian wzruszył ramionami.
            -Aż tak bardzo drażni cię moje zachowanie? - zapytał rozbawiony złotooki. Zmarszczyłem brwi. O co mu tym razem chodziło? Muszę w końcu zapamiętać, iż Doriana nie sposób zrozumieć. Popatrzyłem na niego oczekując wyjaśnień. - No skoro napisałeś taką piosenkę…
            -Znasz japoński? - zdziwiłem się.
            -Aż takie wrażenie na tobie zrobiłem? - zapytał rozbawiony, a mnie zaczął wkurwiać. Wielki pan myśli, że pozjadał wszystkie rozumy świata.
            -Nie pochlebiaj sobie - rzekłem, starając się zachować spokojny ton głosu. - Piosenka była o kimś innym - skłamałem. W sumie sam nie wiedziałem, o kim pisałem. Nie wiedziałem skąd te uczucia. Jednak w mojej wyobraźni pojawiła się postać Sebastiana. Przez tego dupka nie miałem czasu, aby iść na cmentarz. Debil zaprzątał moje myśli.
            -Czyżby? O kim? - zapytał. Wpatrywał się we mnie morderczym wzrokiem. Spojrzałem na niego zdziwiony. Czym go zdenerwowałem? Przecież nie powiedziałem nic złego. - Może o osobie, która zawsze się o ciebie troszczyła? Która poświęciłaby dla ciebie życie? Która… Która… - zamilkł. Chyba zorientował się, że troszeczkę przesadził. Jednak w ciągu jego przemowy miałem wrażenie, że wie, o kim mówił, znał Sebastiana. Ale to nie możliwe, prawda? Zresztą to jest moje życie, moja osobista sprawa, z kim będę je wiązał.
            -Która, co? No wyduś to z siebie - podniosłem głos wściekły.
            -Zamknij się! - wrzasnął. Resztę zespołu zatkało, patrzyli na nas oniemiali. W mojej głowie panowała pustka. Nie wiedziałem, co myśleć o nagłym wybuchu złości Doriana. Gitarzysta zamknął oczy, biorąc kilka, głębokich oddechów na uspokojenie - Tekst jest ciekawy - zaczął, a ja spojrzałem na niego zdziwiony. - Do refrenu dodałbym chórki. Może po angielsku albo francusku? Myślałeś o tym? - zapytał uprzejmym tonem. A ja stałem zdziwiony jego postawą, niezdolny do udzielenia odpowiedzi. Co to za wahania nastroju? Doriana chyba nigdy nie zrozumiem. Pokręciłem przeczącą głową. - To pomyśl. Ogólnie poćwicz jeszcze, bo w niektórych momentach fałszowałeś - stwierdził spokojnie.
            -Tą piosenkę śpiewałem po raz pierwszy.
            -Wiem - odpowiedział. - I jak na pierwszy raz było bardzo dobrze. - dodał. Chwila, on mnie pochwalił… Patrzyłem na niego zdziwiony. Dorian jest dla mnie miły i mnie chwali? Dobra, kto go podmienił? - A teraz chodź, bo nie chcę dostać pały przez ciebie z biologii - powiedział już normalnym tonem i wyszedł z sali. Jednak nikt go nie podmienił, to ten sam dupek. Uśmiechnąłem się mile połechtany.
           -Dacie radę sami z dodaniem basu, perkusji, drugiej gitary? - zapytałem. Oniemieli koledzy pokiwali głowami. Zacząłem chować swoje rzeczy, nie przestając się uśmiechać. - Ja spadam. Do poniedziałku! - krzyknąłem i opuściłem pomieszczenie.
            Gdy wychodziłem z budynku, ktoś szarpnął mnie za ramię.
            -Kaith, patrz! - usłyszałem głos Alexa. Spojrzałem w danym kierunku. Spostrzegłem Doriana rozmawiającego z… - Murzyn! Jeszcze gada z tym całym Dorianem. Jak myślicie, co to znaczy?
            -Pewnie ma niezły ubaw wysługując się ciemnoskórym - zaśmiał się Dave. - Bo wiecie co murzyn ma białego? - zapytał, a my pokręciliśmy głowami. - Właściciela - dokończył i spojrzał sugestywnie na Doriana.
            -Murzynów powinno się pozabijać - warknął Thomas. - Chodzą ci tacy brudni, czarni. Kurwa w nocy ich nie widzisz!
            -W nocy? - zaśmiał się Dave. - Na przejściu dla pieszych nie zobaczysz. Bo stanie ci pomiędzy białymi kreskami i co? I będzie, kurwa śpiewał „pojawiam się i znikam” - zanucił. Wszyscy się zaśmiali. Tak… Moi przyjaciele są homofobami, jak i rasistami.
            -Tom przesadzasz… - wtrącił Josh. Zaskoczył mnie tym wyznaniem. - To nie jego wina gdzie się urodził i jaki ma kolor skóry…
            -Bronisz tych ciemniaków? - zdziwili się. Westchnąłem cicho. Jednak przyjaciele nie skomentowali więcej ciemnoskórego, na nowo zaczęli się wygłupiać.
            -Ja idę. Muszę z Dorianem zrobić ten projekt - westchnąłem cichutko i pożegnałem się ze znajomymi. Czas poznać Teofila. -Cześć - przywitałem się, gdy podszedłem do nich. - Em, Dorian, powinniśmy się już zbierać - rzekłem. Złotooki spojrzał na mnie przelotnie.
            -Poczekaj. Dokończ, Teo - powiedział szybko wyraźnie zdenerwowany. Ciemnoskóry w odpowiedzi przewrócił oczami.
            -W poniedziałek odbędzie się zebranie - rzekł wzruszając ramionami. - Będą tam wszyscy. Oczywiście, jest to super tajne. Ale nasi ludzie nie mają problemów ze zdobyciem informacji – „nasi ludzie”? Dobra, o co chodzi? Do jakiej organizacji oni należą? Do jakiejś mafii czy co?
            -Skoro będą tam wszyscy, to mnie też nie może zabraknąć - powiedział Dorian z chytrym uśmieszkiem.
            -Chcesz iść tam sam? - zaniepokoił się murzyn. - Oni mogą cię zabić! - krzyknął zmartwiony. O co chodzi? Na jakie zebranie Dorian chce iść? Dlaczego ktoś chciałby go zabić? Nie żebym się martwił o niego, po prostu z natury jestem ciekawskim stworzeniem.
            -O co chodzi? - zapytałem zdziwiony. Mężczyźni spojrzeli na mnie, jakby dopiero teraz sobie przypomnieli o mojej obecności.
            -Kaith, to nie twoja sprawa - rzekł znużonym głosem Dorian.
            -Chwila - wtrącił Teofil. - Ty jesteś Kaith? - upewnił się zdziwiony, a ja skinąłem głową. - Ten Kaith? - spojrzał na Doriana. Złotooki w odpowiedzi wzruszył ramionami z dziwnym uśmieszkiem na twarzy. - Ty chyba nie chcesz… - zaczął zdziwiony. - Wiesz, że on by się na to nie zgodził!
            -Teo, wiem o tym. Póki co, nie biorę tego pod uwagę, ale obawiam się, że będziemy musieli wyruszyć - powiedział, jakby ze smutkiem, żalem, niepewnością w głosie. Przez chwilę miałem wrażenie, iż zerknął na mnie. Teofil przygryzł wargę, ale po chwili uśmiechnął się.
            -Jestem Teofil - wypowiedział radosnym tonem głosu. Wyciągnął rękę. Po chwili uczyniłem ten sam gest. Uścisnęliśmy sobie dłonie. Chciałem się przedstawić, ale chłopak mnie uprzedził. - Nie przejmuj się. Tego gościa - wskazał głową Doriana. - Nigdy nie zrozumiesz. Jest chamski, wredny, wkurwiający, niemiły, opryskliwy, czepiający się wszystkiego. Dosłownie, skarci Cię, że dzisiaj masz złą fryzurę! Czasami masz go dosyć. Tak zmienia swój nastrój. Nigdy nie wiesz czy lepiej się odezwać czy nie. A jaki wymagający jest! - wymieniał cechy charakteru Doriana. Patrzyłem zdziwiony na rozmówcę. Zdziwiło mnie podejście Teofila, wydawał się miły, radosny. Nie to, co Dorian. Doskonale poznałem złotookiego z tych cech, o których mówił murzyn. Nie rozumiałem, dlaczego chłopak się z nim kolegował.
            -Teo - syknął ostrzegawczo Dorian.
            -Ale w gruncie rzeczy jest miły. Naprawdę, możesz na niego liczyć w każdej sytuacji. Pomoże ci, no może bez specjalnego entuzjazmu. Bo u niego naprawdę mało rzeczy wywołuje pozytywny nastrój. Ale jest przyjacielski… na ogół  - dokończył swoją wypowiedź uśmiechnięty.
            -Teo! - krzyknął zły. - Jeżeli skończyłeś gadać te bzdury, to powiedz mi gdzie się to zebranie ma odbyć.
            -Ty chyba nie chcesz tam iść? - upewnił się, a Dorian spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami. - Nie możesz! - wykrzyknął.
            -Jak to nie mogę? - prychnął w odpowiedzi. - To ja tu wydaję rozkazy. Nie mam zamiaru, aby ktokolwiek z was tak bardzo ryzykował. Obiecałem, iż będę o was dbał, i że postaram się nie dopuścić do wyprawy - powiedział zdenerwowanym, ale wyniosłym tonem. - I zamierzam dotrzymać danego słowa.
            -Obiecałeś też dbać o pewną osobę, pamiętasz? - warknął wściekły. Czy mi się wydawało, czy panowie zerknęli na mnie ukradkiem? - I na tej obietnicy JEMU - podkreślił słowo. - Zależało najbardziej!
            -Dotrzymam ją - westchnął. - Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z moim planem. - zaczął, ale przerwał mu ciemnoskóry.
            -A jeżeli coś się nie uda? - powiedział z wyrzutem. - Nie chcę tracić kolejnego przywódcę - rzekł ze smutkiem oraz  żalem w głosie. - Zresztą twój poprzednik nie chciałby, abyś nas opuszczał. Wiesz przecież, dlaczego umarł.
            -Tak i wiem przez kogo - wysyczał wściekle.
            -Nie mów tak - przerwał mu błyskawicznie Teofil. - Wiesz, że to nie jego wina - przybliżył się do Doriana. - Posłuchaj. Nie możesz iść sam. Oboje wiemy, iż niektórzy Cię nie tolerują, tak jak i mnie - zaczął tłumaczyć spokojnie. - Weźmiesz kilku ludzi. Dosłownie trzech, czterech, w tym mnie. I razem pójdziemy.
            -Zastanowię się - powiedział Dorian znużonym głosem. - Teraz lepiej idź i powiedz naszym ludziom żeby się szykowali.
            -Jasne - uśmiechnął się. - Mam nadzieję, że wiesz co robisz - dodał szeptem. - Na razie młody - powiedział, gdy przechodził koło mnie i poczochrał moje włosy.
            -Pa - odpowiedziałem niepewnie. Z rozmowy Doriana i Teofila nie zrozumiałem nic. Nie wiedziałem, o co im chodzi, ale miałem wielką ochotę poznać te sekrety. Jasna cholera! Czemu jestem taki ciekawski… Będę musiał wypytać Doriana. Chociaż i tak pewnie nie będzie chciał mi odpowiedzieć. W milczeniu ruszyliśmy w stronę domu.

           -No wreszcie jesteś. Obiad ci wystygnie - do naszych uszu doszedł głos Mirian. Uśmiechnąłem się pod nosem, Dorianowi pewnie też wepchnie posiłek. Po zdjęciu obuwia oraz odzieży wierzchniej, nakazałem chłopakowi udać się za mną. Kuchnię wypełniał zapach pieczonego kurczaka.
            -Cześć Mirian - przywitałem się z kobietą. Gosposia odwróciła się.
            -Eh… Co tak późno dzisiaj? - powiedziała z wyrzutem. - O przyprowadziłeś kolegę? Jak miło. Umyjcie ręce, zaraz dostaniecie jedzenie - dodała.
            -Właściwie, to nie jesteśmy głodni… - zauważyłem. - Musimy zacząć projekt z biologii, a on nam dużo czasu zajmie.
            -Kaith - ofuknęła mnie kobieta. - Jak na przykładnego gospodarza przystało, poczęstujesz chłopaka obiadem. Jeżeli późno skończycie to Bob podwiezie go do domu.
            -Ale Bob zawozi rodziców - wtrąciłem.
            -To może spać u nas. Nie widzę problemu, mamy przecież pokój gościnny - rzekła kobieta z pełnym przekonaniem. Z góry byłem na straconej pozycji.
            -Nie, ja sam wrócę - wtrącił Dorian. - Nie chcę robić kłopotów, za obiad też podziękuję - dodał. Może jednak uda mi się z nią wygrać?
            -To żaden kłopot chłopcze - uśmiechnęła się Mirian. – Zadecydowałam, zostajesz na noc. A teraz myć ręce.
            A jednak nie. Jej się nie da przegadać. W ciszy wykonaliśmy polecenie i zasiedliśmy do stołu. Przed nami wylądowały talerze z teriyaki z kurczaka i z ryżem. Mirian podała każdemu parę pałeczek. - Może wolisz sztućce, chłopcze? - zapytała po chwili.
            -Mogą być pałeczki - odpowiedział spokojnie. Po cichym „smacznego” w spokoju zjedliśmy obiad.
            -Salon jest wolny? - zapytałem gosposię, gdy zjedliśmy posiłek.
            -Twoi rodzice mają jakieś ważne spotkanie. Dlatego też dzisiaj japońskie jedzenie. Twoja mama założyła nawet kimono - odpowiedziała. Oj to musiało być ważne spotkanie. Moja rodzicielka zakładała ten tradycyjny strój tylko wtedy, gdy było to koniecznością.
            -A biblioteka? - zapytałem z nadzieją. Kobieta znowu westchnęła i pokręciła głową.
            -Twoja siostra uczy się z koleżanką - wyjaśniła, a ja prychnąłem. Ta, na pewno się uczy. Akurat dzisiaj, gdy ja potrzebuję tego pomieszczenia.
            -Na pewno się uczą… - powiedziałem pod nosem z pretensjami. Jak ja tej żmii nie lubię. - Choć, musimy wybrać książki.
            Razem z moim nowym „kolegą” ruszyliśmy w stronę biblioteki. Gdy weszliśmy do pomieszczenia, usłyszeliśmy głośne śmiechy. No tak dziewczęta się „uczą”. Pokręciłem z niesmakiem głową i poprowadziłem Doriana w stronę odpowiednich regałów. W ciszy wybraliśmy odpowiednie książki. Chłopak nie sprzeciwiał się moim wyborom a i sam nie leniuchował, przeglądając zbiory mojego ojca. Zebraliśmy z siedem ksiąg, gdy zauważyłem, iż jednej nie ma. Zmarszczyłem brwi i zacząłem przeglądać regały. Dorian podniósł brwi i spojrzał na mnie zdziwiony, gdy przekopywałem każdy zakątek. Po kilku minutach stwierdziłem, że mojej zguby nie ma. Z westchnieniem podążyłem do komputera, by sprawdzić, gdzie znajdę ów przedmiot. Znowu będę narażony na spotkanie z moją „kochaną siostrzyczką”. Gdy wyłoniłem się zza regałów, dziewczyny chichotały i obgadywały „cudnego Marka i jego głupią dziewczynę”. Aż mi niedobrze na samą myśl. Zamiast pracować to one obrabiają swoim „przyjaciołom” dupę. No a potem się matka dziwi, czemu Jessica ma takie „wspaniałe” oceny. Uhh.. Jest taką irytującą osobą. Nagle zatrzymałem się w połowie kroku i zerknąłem na pannę Newson. Przecież dziewczyna robi dokładnie tak samo, jak ja z kumplami. Jasnym jest, że gdyby na miejscu Doriana był Josh, Thomas czy Alex, naukę zaczęlibyśmy od kilku piw. Jakim ja jestem hipokrytą! Naprawdę jestem aż tak podobny do tej żmii?
            Patrzyłem na nią z szeroko otwartymi oczami. Dziewczyna, gdy wyczuła na sobie spojrzenie, odwróciła wzrok w moją stronę.
            -A ty co? Ducha zobaczyłeś? - zażartowała. W odpowiedzi prychnąłem i dopiero teraz zobaczyłem, co dziewczyna trzymała w dłoniach.
            -Po co ci ta książka? - zapytałem, wskazując na ów przedmiot. Jessica niewinnie zatrzepotała rzęsami, wzruszając ramionami.
            -Wiesz idealnie nadaje się na podkładkę… - zaczęła z niewinnym uśmieszkiem. - Chyba nie jest ci potrzebna prawda?
            -Jess… - wysyczałem. - Przecież i tak nic nie robicie tylko się śmiejecie. Oddaj mi ją i najlepiej opuść bibliotekę. Bo ja, w przeciwieństwie do ciebie, zamierzam się uczyć.
            -A my co innego robimy? - zapytała jadowicie, podchodząc do mnie. - Słuchaj, zrobimy tak. Dam ci tą głupią książkę, zostawisz nas same i pozwolisz nam się uczyć. A ja jutro nie będę przeszkadzała podczas twojej imprezy, nie nakabluję rodzicom. A nawet opuszczę dom, powiedzmy do dwudziestej czwartej - masz chatę wolną. W zamian będziesz musiał spełnić moją jedną zachciankę. Jeszcze nie wiem, co to będzie…
            -Słucham?  - zapytałem z niedowierzaniem. No jak ta szuja będzie mną dyrygować? - Ty mnie… szantażujesz? - prychnąłem. - Po pierwsze, książkę zabieram. Po drugie wypierdalacie z biblioteki. Po trzecie nie powiesz rodzicom o imprezie i ja przemilczę wiadomości o twoich wypadach. I na koniec nie obchodzi mnie, co jutro będziesz robić, jak dla mnie możesz się pieprzyć na plaży. O ile nie będziesz mi przeszkadzała, ja będę miał w dupie to, co robisz.
            Dziewczyna mocno ścisnęła powieki i dłonie. Wzięła dwa oddechy i spojrzała na mnie zabójczym wzrokiem. Chyba troszeczkę ją wkurwiłem swoją przemową. Jessica kątem oka spojrzała na milczącego Doriana, który przyglądał się z zaciekawieniem naszej rozmowie.
            -No tak - prychnęła. Zbliżyła się do mnie i wyszeptała na ucho, tak bym tylko ja ją usłyszał. - W bibliotece jeszcze się nie seksiłeś.
            Moją twarz oblała czerwień. Chwyciłem dziewczynę za ramiona i odepchnąłem od siebie. Gdzieś w dali usłyszałem ciche parsknięcie Doriana, który jak zwykle słyszał to, czego nie powinien. Jednak całą swoją uwagę skupiłem na siostrze.
            -Nie masz prawa tak mówić - wysyczałem. Jak na komendę zaczęliśmy się kłócić. Niby nic nowego, w końcu zawsze się kłóciliśmy, ale nie chciałem, aby tego wszystkiego był świadkiem Dorian… Po kilku minutach zażartej „dyskusji”, postanowiliśmy pójść na kompromis. Mianowicie, ja dostanę książkę i spełnię jej jedną zachciankę, a ona ma bibliotekę dla siebie, nie będzie mi przeszkadzała jutro no i nigdy więcej nie poruszy tematów łóżkowych. W końcu te tematy nadal są dla mnie dość… bolesne.

            Wieczór spędziłem dość miło z Dorianem, na pracy nad projektem. Nie wyzywaliśmy się i tymczasowo zawiesiliśmy broń. Dość ciekawe prowadziliśmy dyskusje i śmiało mogłem powiedzieć, że złotooki wcale nie jest milczkiem. Rzeczywiście był raczej osobą skrytą, po dłuższej obserwacji mogłem spokojnie stwierdzić, że skrywa przed światem jakiś sekret. No i do tego był świetnym partnerem… W sensie, że do projektu. Bo czasami wpadał na naprawdę dobre pomysły… Czas tak szybko leciał, że nie zauważyłem, kiedy nastał wieczór. Dodatkowo pracę skończyliśmy w nadzwyczaj szybkim tempie. Nawet nie spostrzegłem, gdy skończyliśmy i zaczęliśmy prowadzić spokojną, niezobowiązującą rozmowę na temat muzyki.
            -Kaith, Jessica! - rozległ się w pewnej chwili głos mojego ojca. - Razem z mamą wyjeżdżamy.
            -Dobrze! - odkrzyknęliśmy równocześnie z różnych części domu. Naprawdę zadziwiające jest to, jak dźwięki potrafią się rozchodzić w tej posiadłości…
            -Nie sprawiajcie za dużo kłopotów Mirian - dodała mama. - No i nie roznieście domu - zaśmiała się, po czym usłyszałem trzask drzwi. Razem z Dorianem powróciliśmy do rozmowy, lecz znów nam ktoś przeszkodził. Tym kimś okazała się moja gosposia, która przyniosła nam posiłek. Po krótkim poinformowaniu nas, o przygotowanym pokoju gościnnym dla złotookiego, opuściła mój pokój. Razem z chłopakiem zajęliśmy się spożywaniem posiłku. Nastała cisza, podczas której zacząłem rozmyślać o dzisiejszych, dziwnych  wydarzeniach.
            -Um. Długo się znacie z Teofilem? - zapytałem z ciekawości.
            -Od jakiegoś czasu - odpowiedział marszcząc brwi. Na moją twarz wpłynął delikatny uśmiech. Chłopak wreszcie odpowiedział na jakieś moje pytanie, a to już było pewnym sukcesem.
            -Wspominaliście o jakiejś grupie - zacząłem niepewnie nie wiedząc jakiej reakcji mogę się spodziewać… Dorian spojrzał na mnie spod byka.
            -O co ci chodzi? - warknął. - To jakieś przesłuchanie czy jak?
            -Nie, oczywiście, że nie - zaprzeczyłem prędko. - Po prostu, ciekawy jestem…
            -Posłuchaj mnie Newson - rzekł siląc się na spokojny ton głosu. - Popołudnie i wieczór były miłe. Więc proszę nie psuj atmosfery przez swoją wkurwiającą ciekawość!
            Skinąłem głową. Cóż skoro nie chciał mówić, to trudno. Nastała dokuczliwa cisza, która chyba przeszkadzała nam obu. Dorian również to zauważył, więc zaczął coś na neutralny temat. Rozmawialiśmy do późna, w sumie o niczym. Oczywiście nie bylibyśmy sobą gdyby nie padło kilka-set docinek. Ale mogę powiedzieć, że nasze relacje choć trochę się poprawiły. Chociaż nadal go nie lubię…

            Obudziłem się około trzeciej w nocy zlany potem. Miałem nadzieję, że koszmary odeszły w zapomnienie, ale jednak byłem w błędzie. Nowinką było to, iż tym razem oprócz Sebastiana, był też Dorian. I oni się… całowali, a potem nastały ciemności, które ich pochłonęły. Natomiast ja nie mogłem nic zrobić. Potrząsnąłem głową, by odgonić te myśli od siebie. Kompletnie nic, nie rozumiałem z tego snu, ale czułem, że coś się wydarzy, coś złego. Westchnąłem cicho i udałem się do łazienki. Przechodząc obok pokoju gościnnego, zatrzymałem się. Spojrzałem zdziwiony na uchylone drzwi, lekko je pchnąłem. Moją uwagę zwróciło łóżko, nietknięte. Jakby mój gość w ogóle z niego nie korzystał. Zmarszczyłem brwi, a w moje ciało uderzył podmuch zimnego wiatru. Przeniosłem wzrok na… otwarte na oścież okno. W pokoju było bardzo zimno, ale kto co lubi. Podejrzewałem, że gościa spotkam w toalecie. Ruszyłem w stronę tego pomieszczenia i zapukałem. Odpowiedziała mi cisza, nacisnąłem na klamkę i drzwi ustąpiły. Łazienka była pusta… Zmarszczyłem brwi, nie mając pojęcia, gdzie przebywa mój gość. Po chwili wzruszyłem ramionami dochodząc do wniosku, że to nie moja sprawa…

            Do południa mało rozmawiałem z Dorianem. Najczęściej mówiliśmy o projekcie i wnosiliśmy poprawki. Zauważyłem, że złotookiemu pogorszył się humor, nie wiem czym było to spowodowane. Zresztą nie moja sprawa… Z chłopakiem było, jak z kobietą w ciąży, nigdy nie wiesz jak się zachowa. Teofil miał stu procentową rację.
            Po obiedzie rozdzwonił się dzwonek do drzwi, ogłaszając przybycie gości. Z westchnieniem wstałem z okupowanej kanapy w salonie i ruszyłem otworzyć drzwi. Zostawiłem Doriana samego w salonie, mając nadzieję, iż nic nie zwędzi.
            -Kaith! - usłyszałem głośny pisk i chwilę później mój gość rzucił się na mnie. - Jak ja się za tobą stęskniłam! - uśmiechnąłem się rozbawiony i objąłem przyjaciółkę w pasie.
            -Dagmara, zaraz się przewrócę - zachichotałem. Dziewczyna uśmiechnęła się figlarnie i pocałowała mnie w policzek. Następnie odkleiła ode mnie i zaczęła zdejmować swoje glany. Ogólnie dziewczyna preferowała stroje typu gothic. Nie zdziwiły mnie więc jej czarne zakolanówki, falbaniasta spódnica oraz czarno-fioletowy gorset. Czarne, lekko falowane włosy sięgały jej do pasa, a fioletowe soczewki dodawały charakteru. Gdyby nie moja orientacja, już dawno bym się w niej zakochał. Jednak w obecnej sytuacji jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi.
            -Cześć - przywitał się cicho Igor. Tak, ten sam Igor, którego kilka dni wcześniej wyśmiewali chłopaki. Jest on bratem Dagi, raczej milczącym, jednak nigdy nieuciekający od problemów. Potrafił stawić im czoła, tak jak ostatnio w pubie. Rodzeństwo było dość charakterystyczne z wyglądu, jednak z charakteru różnili się niczym woda i ogień. Aczkolwiek, gdy się ich lepiej pozna, można zauważyć podobieństwa. Nigdy nie widziałem, aby się kłócili, zawsze stawali w swojej obronie. Chociaż zazwyczaj Daga chroniła Igora, bo to z niego ludzie się śmiali, a ją… podziwiali. Z dziewczyną znam się od kilku dobrych lat, a Igora poznałem kilka miesięcy temu. Oboje pochodzą z Polski, jednak przez rozwód rodziców zostali rozdzieleni.
            -Jak ja się za tobą stęskniłam! - zawołała ponownie obejmując mnie.
            -Nie trzeba było wyjeżdżać na to zadupie – parsknąłem, za co dostałem kuksańca w bok.
            -Polska wcale nie jest zadupiem! - wypięła dumnie pierś. Przewróciłem oczami, za co dziewczyna chciała mnie uderzyć w głowę, jednak ja w porę się schyliłem. Tym razem w trójkę parsknęliśmy śmiechem. Swoich gości zaprowadziłem do salonu, gdzie przedstawiłem im Doriana. Dagmarze, na jego widok, oczy zabłysnęły. Zdegustowany pokręciłem głową i ruszyłem w stronę kuchni, w celu przyniesienia napoju.
            -Skąd go znasz? - usłyszałem ciekawskie pytanie Dagi. Dziewczyna uważnie śledziła moje ruchy.
            -Gdybyś nie siedziała na wsi - zmrużyła groźnie oczy. - To byś wiedziała, że jest on nowym uczniem naszej klasy.
            -Szybko ci poszło… Tak od razu wziąć go do siebie… - mrugnęła.
            -Ehh… To nie tak - zacząłem. - Nadepnęliśmy babie od biologii na odcisk i musimy zrobić projekt. Dobrze wiesz, co czuję i do kogo… - westchnąłem. Dagmara spojrzała na mnie ze współczuciem i przytuliła w milczeniu. Jako jedyna wiedziała o mojej orientacji, wiedziała o Sebastianie. Zawsze mnie wspierała, nigdy nie wyśmiała i to ona była moim oparciem po jego śmierci. Oczywiście miałem rodzinę, której do dzisiaj jestem wdzięczny za zachowanie. Jednak ona mnie najlepiej rozumiała. Trwaliśmy tak przez chwilę w ciszy. Dziewczyna odsunęła się ode mnie i uśmiechnęła, następnie skierowała kroki do wyjścia.
            -Chcę, abyś był szczęśliwy - zaczęła przy drzwiach. - A do niego - kiwnęła w stronę salonu, mając na myśli Doriana. - Pasujesz - zakończyła uśmiechając się. Moją twarz oblał czerwony rumieniec, wykwitł grymas złości. JA nigdy nie będę pasował do tego dupka! Może i był milszy, co nie zmienia faktu, że go nie lubię. Samoistnie moja ręka powędrowała poszukując jakiegoś przedmiotu, którym mógłbym w nią rzucić. Dagmara zaśmiała się i szybko opuściła pomieszczenie, pozostawiając mnie samego z natłokiem myśli. Nie lubiłem Doriana, co nie zmieniało faktu, iż był przystojny. Jednak jego zachowanie mówiło samo za siebie, był debilem. Czasami może miłym, ale no właśnie, nigdy nie wiesz na co masz się szykować. To jest niemożliwe abym pasował do takiego gbura. Potrząsnąłem głową, nalałem soku do czterech szklanek i ruszyłem do salonu. Swoich gości zastałem rozmawiających, rodzeństwo dość szybko polubiło się z Dorianem. Miałem wrażenie, że chłopak w ich towarzystwie zachowywał się inaczej. Był spięty, ale nie dawał po sobie tego poznać, starał się być miły, jednak coś mi się nie podobało w jego zachowaniu. Najgorsze było to, iż tylko w stosunku do mnie był wredny…
            Mijały kolejne godziny, podczas których szykowaliśmy dom na imprezę. Przy tym dużo rozmawialiśmy i śmialiśmy się, nawet złotooki troszeczkę się rozluźnił. Około szesnastej zaczęli przybywać pierwsi goście. Czas mijał szybko, przyjaciele, znajomi, znajomi znajomych i cała reszta śmiała się okupując barek z alkoholem. Niektórzy tańczyli. Uśmiechnąłem się lekko popijając tyskie. Impreza zaczęła się rozkręcać, zresztą moje domówki były powszechnie lubiane i uważane za najlepsze.
            -Zatańczymy? - usłyszałem pewne wątpliwości pytanie. Spojrzałem na zarumienioną Caroline i westchnąłem w duchu. Posłałem jej mały uśmiech, rozglądając po sali, by znaleźć koło ratunkowe. Moje spojrzenie padło na przyglądającemu się mnie Doriana.
            -Z chęcią… - zacząłem. - Ale muszę porozmawiać z Dorianem - Caroline spojrzała na mnie zawiedziona - Wiesz musimy porozmawiać o… muzyce. Ale obiecuję, że później zatańczymy.
            Dziewczyna ożywiła się troszeczkę, a ja jęknąłem w duchu. Nie miałem zamiaru spełnić tej obietnicy. Szybkim krokiem ruszyłem w stronę Doriana.
            -I jak, nadal sądzisz, że ta dzieciarnia nie nadaje się na twoje towarzystwo? - prychnął patrząc mi w oczy. Mogłem bezkarnie zatopić się w tych złotych tęczówkach.
            -Oczywiście, że nadal tak uważam, w końcu impreza zorganizowana przez ciebie… - zmrużył oczy. - Czego mógłbym się innego spodziewać?
            -Och, czyżby? - udałem zdziwienie. - W takim razie wiesz gdzie są drzwi… - uśmiechnąłem się słodko. Kątem oka zauważyłem Dagę, która na nas patrzyła zaciekawiona. W jej oczach dostrzegłem dziwny, niebezpieczny blask. Dokładnie taki sam, jak ten, gdy widziała mnie i Sebastiana razem…
            -Żebyście mogli zniszczyć nie tyle sam dom, co również całe miasto? - uśmiechnął się kpiąco. - Wybacz, ale wolę to zobaczyć na żywo niż dowiadywać się o tym z mediów.
            Pokręciłem głową lekko roześmiany i bez słowa ruszyłem do kuchni. W pomieszczeniu tym znalazłem Josha. Chłopak siedział przy stola z głową opartą na dłoniach.
            -Co jest?
            -Nic… - westchnął. - Tylko Calia żyć mi nie daje.  - Poklepałem chłopaka po plecach, by pokazać mu, iż go wspieram.
            -Piwa? - zapytałem, a Josh gorliwie pokiwał głową. Podałem mu Stronga, sam zaś  otworzyłem swoje Tyskie. Przyjaciel opróżnił butelkę w kilka łyków.
            -Ej, macie… - wpadł do kuchni Alex. - Butelka! Chodźcie zagramy! - krzyknął wyrywając ów przedmiot z rąk Josha, po czym wybiegł z pokoju. Spojrzałem na Josha w tym samym momencie, co on na mnie i razem parsknęliśmy śmiechem. Po chwili roześmiani ruszyliśmy za Alexem.

            Gra w butelkę odbywała się w radosnej atmosferze. Jako, że nikt nie lubił zadawać pytań, graliśmy tylko na zadania. A trzeba przyznać, że pomysły przychodziły nam do głowy bardzo dziwne. Na przykład Alex musiał wypić wodę z… toalety, co o dziwo uczynił. Josh miał „obmacać” Dagmarę, co z chęcią by uczynił, gdyby nie powstrzymał go morderczy wzrok Calii. Chłopak musiał pozbyć się górnej części odzieży. Oczywiście graliśmy na rozbieranego, przez co niektórzy, na przykład Thomas, siedzieli już w samej bieliźnie. Po pewnym czasie butelka powróciła do Alexa i chłopak zakręcił nią. Niestety, tym razem padło na Caroline. Przełknąłem z trudem ślinę, domyślając się, iż to wyzwanie będzie miało ze mną jakiś związek. Oczywiście nie pomyliłem się.
            -No to zobaczymy, jak nasz kochany gospodarz całuje - mruknął cicho. - Caroline, masz go pocałować w same usta, siadając mu okrakiem na kolanach.
            Jęknąłem w duszy. Naprawdę nie miałem zamiaru się całować … a zwłaszcza z dziewczyną. Było to dla mnie odpychające wręcz obrzydliwe! Dziewczyna z czerwoną twarzą podeszła do mnie, a ja modliłem się w duchu by nie uciec. Za jakie grzechy mam tak cierpieć! Gdy Caroline umieszczała się wygodnie na moich udach, rozejrzałem się po zebranych gościach. Alex uśmiechał się zadowolony ze swojego pomysłu, Josh patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami, a Daga współczującym wyrazem twarzy. Jednak mój wzrok zatrzymał się na Dorianie. Chłopak wyglądał, na zaciekawionego i rozbawionego całą tą sytuacją. Jakby dokładnie wiedział, przez co muszę przechodzić. Starając się nie wydać z siebie żadnego odgłosu, objąłem Caroline delikatnie w pasie. Dziewczyna zarzuciła mi ręce na szyję i zbliżyła twarz do mojej. Jej wargi spoczęły na moich. Nie oddałem pocałunku, cierpliwie czekałem, aż skończy. Jej wargi niespiesznie pocierały o moje, przyprawiając mnie o mdłości. Po chwili odsunęła się ode mnie zawstydzona i jakby lekko smutna. Powróciła na swoje miejsce. Uśmiechnąłem się lekko, gratulując sobie w duchu. Gra toczyła się dalej, a ja nadal czułem jej wargi na swoich. Nie podobało mi się to. Nie zwracałem uwagi na otoczenie do czasu, aż szyjka butelki wskazała mnie, a osobą kręcącą była… Dagmara. Jęknąłem. Wiedziałem, że po przyjaciółce mogę się wszystkiego spodziewać, a jej oczy mówiły same za siebie. Ten błysk w oczach był przerażający. Wyglądała drapieżnie, jak dzikie zwierzę wypuszczone z klatki… Oj, zapowiada się ciężkie zadanie…